Translate
Publikacje Losowe

Kokon

To jest tak niesamowite, tak brutalnie prawdziwe, tak obnażające nas – zadufanych w sobie maluczkich – poświęć chwilę i przeczytaj. Koniecznie jeszcze raz przekonaj się, jak porąbani jesteśmy, jak porąbany jest dzisiejszy świat. To część eksperymentu społecznego na temat percepcji, smaku i priorytetów ludzi, zorganizowana przez Washington Post. Czy naprawdę jesteśmy jeszcze w stanie s a […]

Ost. Komentarze
stat4u

Archive for the ‘Góry ✔’ Category

Łysa Polana, zima 2002 r., mroźny ranek lutego. Knajpka  i słowacki browarek na drogę – jeszcze eurosów nie było. Czasy dobrej, starej korony, wtedy opłacało u Pepików robić zakupy. Podążamy Doliną Białej Wody ciągnąc plastikowe sanie dociążone naszymi przyciężkimi worami. Zawsze to lżej jak sobie jadą po śniegu, jak miałyby maszerować na naszych plerach. Sanie pożyczyłem od mistrza Ascety z chatki na Włosienicy przy Moku. Nie ma już na tym świecie Astka i jego chatki, odeszło, lecz pamięć pozostaje na zawsze. Astek umarł z choroby strasznej. Chatkę zburzył TPN, bo im przeszkadzała. Chatka to było małe drewniane wspinaczkowe schronisko na chyba 15-cie osób, a często zimą bazowało tu 2 razy tyle. Była to dobra, zimowa – z czysto wspinaczkowym klimatem – baza, do której zawsze z radością powracało.

No dobra, ciągniemy sanki dziś dobrze ubitą drogą doliny, śnieg twardy, zlodowaciały. Zatem ciężko nie ciągnie, jedzie lekko, łatwo, zbyt nie męcząc i dobrze  – moc niech zachowa na wspinanie. Jestem z Patrykiem, Prezesem KW naszego kluba, cel to plany zrobić, coś na Młynarzu i lodospady w Ciężkiej Dolinie. Na razie po drodze wpadamy w dolinie Białej Wody na dwuwyciągowy lodzik Mrozkowa. Jest wczas, południe, mamy czas i warto tu rozwspinać przed czymś większym. I tak też robimy. Lodzik jeden z ciekawszych i atrakcyjniejszych w dolinie: dwuwyciągowy, nie za trudny, taki akurat w sam raz no rozgrzewkę. Lód jest dobry, wspina przyjemnie, estetycznie. Pierwszy wyciąg jest bardziej spionowany, wymaga większej czujności i siłki jak następny drugi wyciąg, który się kładzie bardziej połogo. Bez większych przeszkód robimy ten przyjemny lodospadzik, po czym wykonujemy zjazd z kosówek z tasiem.

WIDOK Z MŁYNARZAwidok z Młynarza

W pobliżu lodospadu pojadamy żarełko pod daszkiem szałasu świdrując przewodnik Młynarza, na co by tu wybrać jutro. Zainteresowanie nasze pada na kolejny ładny lodospadzik i wspinanie w skale na Młynarzowej Kopie. Długa wyrypa na cały dzień szykuje, kilkaset dobrych metrów wspinania.

Długa dolina Białej Wody, czas na saniach ciągnie. Szkoda, że nie ma z górki, byłoby szybciej na nich zjechać. Prawie z 10 kilosów takiego ciągnięcia. Wreszcie dochodzimy w okolice naszej ściany. Droga startuje po drugiej stronie potoku, tak jak kończy las i kosówki. Zaczyna pionowa ściana i strome śniegi z lodospadem, którego stąd widzimy kawałek. Zaczyna pomału ściemniać, w lesie przy potoku rozbijamy namiot. To nasza bezpieczna, w miarę ciepła, osłonięta kryjówka na kolejne dni, ile? To już wyjaśni pogoda. Gotujemy żarełko i ciepłe piciu, uzupełniamy zasób kalorii na jutrzejsze wspinanie. Niepostrzeżenie nastała noc i trza iść w kimę, mrozik jest, czuć na zewnątrz brrrr. Ale w śpiworach Małachowskiego do -25 stopni jest przyzwoicie ciepło, nie rusza nas nic, spoko śpimy do samego świtu. A w uszach grała przyjemnie muzyka, szum potoka, jakby przelewał nam snem przez namiot.

Pogodny poranek słońce przebija, będzie lampa, tyle że nie nam. Ściana, droga ma wystawę wschodnią, słońce jest tu teraz krótko. Potem to już mroczar do samego szczytu, gdzie znowu czeka noc ciemna. Wsuwamy śniadanko, typowo, kaszka owocowa – jak zawsze mi na podejściu działa przeczyszczająco. Potem lekko mogę frunąć po ścianie. Jakieś batony, dużo herbaśki i zapas w termos – ruszamy. Przekraczamy na sucho po głaziakach szeroki potok, wskakując do lasu, cioramy teraz w głębokim śniegu przez stromy las. Jakoś przebijamy przez te leśne zasieki pod ścianę. Jest wielka, 400 metrów pionu. Nasza droga będzie znacznie dłuższa, wiedzie trawersami, zachodami przez całą ścianę. Za to nie jest tak bardzo spionowana, poza kilkoma uskokami skalno-lodowymi. Długość drogi ma coś około 600 metrów, jest sporo połogiego terenu. Będzie szło dosyć szybko, ale i tak bankowo zejdzie do wieczora. Początek drogi to pełzanie po stromym, dobrym i twardym śniegu, doprowadzającym pod ładny kaskadowy lodospadzik. Już związani, oszpejeni; wgryzam w ten przyjemny lodzik, prowadzę go całą długością liny, dwie kaskady z dużą półką. Lód jest super, wszystko siada, śruby wchodzą jak należy i trzymają mocno. Stan zakładam z haczorów w skale, ściągam Patryka. Kolejne wyciągi biegną zakosami ściany, która wydaje się nie mieć końca. Zaczyna dokuczać odwodnienie, herba dawno wypita pozostało lizanie sopelków.

Bez większych przygód prowadzimy na zmianę wyciąg za wyciągiem. Nie są trudne, miejscami w skale trafiają odcinki IV i V. Ostatnie podszczytowe wyciągi robimy w zapadającym szybko zmroku. Na graniowej grzędzie załapujemy noc, która jest całkiem widna dzięki żarzącej żarówie księżyca. Nastała pełnia księżyca, jest niesamowicie, z nieba nadaje laserowa czołówka, ale dla pełnej jasności podpinamy jeszcze swoje, by nie pierdyknąć o jakiś kamolec schodząc z piku – złazimy szybko strasznie męczy nas odwodnienie. Rozglądamy wszędzie za wodą, potoczkiem, byle kałużą, by choć łyczka napić. Schodząc do Doliny Żabiej można zawiesić, odlecieć, takie piękne widoki naszych granicznych szczytów. Rysy, Kopa Spadowa, Żabi Wyżni, Nizin, Żabi Mnich wszystko skąpane w świetle zaczarowanego księżyca. Idzie zapomnieć o jakichkolwiek niedogodnościach, nawet o tym, jak cholernie chce się pić!

MŁYNARZ-LODOSPAD KASKADOWY-ŚRUBKI WKRĘCANIEMłynarz – lodospad kaskadowy i Gumy śrubki wkręcanie

Gnamy piargami doliny coraz niżej, z cichego otoczenia wychwytujemy szumik wody. Jest coś, przepływa wąsko pomiędzy kamieniami. Super, jesteśmy uratowani. Zapobiegliwy Prezes wyciąga szlaufik, nasz strategiczny patent, gdy jest zbyt ciasno, by dostać do korytka wody, taki głupi gadżet może wiele pomóc. Zasysam gumowy szlaufik ciągnąc wymarzony płyn – można nie jeść lecz picie, woda, bez tego nie obejdzie. Nabrzdryngoleni zdrową wodą złazimy dalej. Długo. Coraz niżej. Osiągając w końcu granice lasu. W lesie spotykamy jakichś wspinaczy – biwakują namiot, jutro chcą na Żabie wspinać. Gadamy chwilę i żegnamy – spadamy na naszą chatę do namiotu. Przebijamy przez milion hektarów dzikiego lasu rezerwatu – owe tereny doliny Żabiej są ewidentnie zamknięte dla ruchu turystyczno-wspinaczkowego. Nasz namiot też stoi całkowicie nielegalnie. Jakby wyjarzył i zjawił slovacki filanc Rumcajs, byłoby nieciekawie mandatowo. Kiedyś latem z Miśkiem (Grześkiem), szliśmy z zamiarem wspinać na Młynarza. W części doliny na wielkiej polanie jest leśniczówka filanca, niedźwiedzia go nazwaliśmy, bysior ogromny. Czaiłem klimat filanca, kiedyś mnie dojechał i zawrócił z doliny z powrotem na Łysą.

My teraz cwanie obeszliśmy leśniczówkę przy samym potoku, by nas nie wyczaił i spoko iść dalej pod Młynarza. Dało rady, idziemy zadowoleni, z chałupy niedźwiedź nie wypadł. Po niedługim czasie słyszymy odgłos silnika samochodu – fak, co za kretyn, jednak nas wyczaił. Nie było gdzie schować, no i widział nas fakiówka! Zajechał jeepem drogę i halt! Paszporty kopsać! Pogadał pierdoły, że jest okres zamknięty w dolinie i mamy wynosić dostając mandaty. Za nasz niegodny uczynek wtargnięcia w zakazy, ładuje nas na pakę i wiezie pod leśniczówkę, spisuje i karze płacić mandat – 1000 koron. Pogięło Rumcajsa chyba, nawet nie mamy takiej sumy. Jak bym miał, to cwany naciągacz i tak gówno by dostał. Debaty trwają długo, straszy nas policją. Jak nie płacicie wiozę was na policję. Nieco wydygałem z Miśkiem. W końcu nasze skruszone miny i gadki przekonały filanca, by mandat zamknął na łapówce 150 koron, bo tylko tyle miałem. :roll: Spoko, odpuszcza, a my wracamy wkurzeni na Łysą, że dupa i nici ze wspinaczki na Młynarzu. Dobra, dostajemy do naszej Białej Wody, jeszcze marsz z 2 km do namiotu. Ucieszeni z pięknej wspinaczki niesamowitą drogą i widokami z promieniem księżyca docieramy do namiotu. Teraz gotowanie dużo jedzenia: zupki, konserwy, płyny.

Druga noc biwaku nad Potokiem Białej Wody jest mniej przychylna komfortowo. To ze względu na mój kiepsko oddychający namiot Campusa, a na zewnątrz mrozik z -15 stopni. Nie chce nam gotować poza namiotem, robimy to w środku leżąc ciepło w śpiworkach (z butkami Koflachów by na jutro coś podeschły od ciepła ciała i śpiwora). Para skrapla na suficie namiotu i nieubłagana woda kroplami deszczu atakuje nasze śpiwory, które na pokrywie zewnętrznej materiału robią nieciekawie mokre. Oddychanie i para z ust też do tego przyczynia – rano jest w namiocie szronowy klimacik. Plan na dzisiaj lodospad na Ciężkim Progu w Ciężkiej Dolinie zawieszonej nad taborem Wysoką. Zasysamy śniadanko, zasób kalorii na waleczny dzień.  Przeszpejenie plecaków co zabrać, dziś wyłącznie przyda tylko sprzęt do wspinu w lodzie. Odpadają ciężarki haków i kości, pozostają tylko śruby lodowe co nic nie ważą. Fajnie worki, bo lżejsze, i możemy popychać.

Mijamy szałas na polanie Wysokiej – taborowisko namiotowe dla wspinaczy i nie tylko. Płatne. Przyjeżdża tu jeepem zbój Rumcajs – niedźwiedź i zbiera haracz. Serpentyną szlaku podchodzimy pod górę Ciężkiego Progu. Idzie całkiem przyjemnie, nawet zbyt nie męcząc wchodzimy do Ciężkiej Doliny. Lodospad widać od razu blisko nas po lewej, podejście szybkie, zajmuje kilka minut. Podziwiam widoki wspaniałe, jedna z najładniejszych Tatrzańskich dolin. Młynarzowe Widły proponują ciekawe lodospady i miksty żlebami. Byłem tu później latem z kolegą, wybrałem na jedną z dróg w płytach Wideł. Mieliśmy cholernego pechulca, tyle co podeszliśmy pod ścianę i dupnęła ogromna zlewa. W ciągu chwili my i cała ściana była skąpana prysznicem wodospadu. Bardzo wtedy wkurzyłem i przeklinałem z Markiem na całego – fak i lepiej. Dobrze, że chociaż dzień wcześniej, udało nam wtedy zrobić świetną drogę Wacha na Młynarzu. V+ z tych ekstremalnie magicznych.

Wbijamy w nasz dziś lodospad, trzy wyciągi wijącego wstążką sopelka do górnego piętra doliny. Prezes wkręca w 1 wyciąg, pionowy sopel o dobrym lodzie. Śrubki siadają dobrze, pewnie trzymając. Zakłada stan ściągając mnie do siebie. Przyjemny wyciąg lekko siłkowy, ostrza dziabek siadają idealnie – lód nie kruszy. Stan jest w lodowo skalnej niszy, wygodnie asekuruje – są tu jakieś stałe OK haki. Zmiana na prowadzeniu 2 wyciągu, przejmuję pałeczkę trawersując  skośnie w górę. Fantastyczna linia wyciągu, dosyć wymagająca – czujny w pionie zawijasty trawersik. Lufa rośnie pod rakami – Ciężki Staw widzę w skorupę lodu zapieczętowany. Swobodnie osiągam stanowisko na półce lodowej, wystają tam jakieś taśmy spod lodu. Pewnie z haczora wbitego w skale. Dokładam śrubę w loda łącząc wszystko w całość. Ściągam Prezesa. Dochodzi i kolejna zmiana. 3 wyciąg i wygląda, że będzie ciężej. Lód zaczyna lekko przewieszać, będzie siłka, powalczymy. Najpierw śruby przepychamy wyciorem – zdążył już zrobić kremowy rurek. Jak nie wydłubie lodu z rurki, wtedy ona nie nadaje do użycia z powodu zapchania. Coś pogoda zaczęła chrzanić, chmury przylazły, zaczęło powiewać śniegiem sypanym. Prezes idzie na prowadzenie. Nie jest łatwo, kilka razy cofa na resta, przewiecha wybiera. W końcu zdeterminowany nie odpuszcza przechodząc trudny kawałek, dalej na krawędzi progu jest już łatwiej. Lód staje połogi kończąc drogę.  Sihizowo było, śruby całkiem nie siadały, skracane taśmą były wkręcane gęściej co wywalało siłki. Idę na drugiego. Bułki pracują, siłowy wyciąg, przy tym śruby trza wykręcać. Śruby mamy ruskie, które wykręca z lodu ruchem obrotowym przy pomocy ekspresa. Teraz nowoczesne śrubki, mają specjalną korbkę – uchwyt. Wkręcenie i wykręcenie takiej śrubki jest szybkie nie tak męczące. Za to są bardzo drogie, nie każdego stać, taka  firma kosztuje. Zabawa ze śrubką w lodzie bywa strachliwa i zarazem siłowa, trzymając czekanem jednej ręki, drugą ogarniasz śrubę. Można wpiąć lonżem w czekan i swobodnie na nim zawisnąć. Nie lubię tego stosować – w razie wyrwania czekana można łatwo w pałę albo w twarz oberwać. Niebezpieczne to, nieraz oberwałem w czachę. Chyba, że ma się maskę – osłonę plastikową na twarz -  dopinaną do kasku.

Kończę wyciąg, dochodzę do Patryka – ostro już dmucha i śnieg sypie. Uściskujemy sobie dłonie zadowoleni zrobienia superowego lodospada. Zwijamy szpej szybko, spadamy niżej nad staw i powrotną serpetynką do szałasu na Wysokiej. W szałasie spotykamy Polaka, leży se pod śpiworkiem surwiwalowiec. Okazuje fajnym gościem. Długo gadamy, rano wybiera do Kaczej Doliny, my na Łysą do naszej taksówki, z niej niestety już do domku. Pogoda i tak już schrzaniła, wbiliśmy w odpowiednie okienko  trzy dniowej pogody. Mieszkaniec szałasu częstuje nas konserwami marki Mielonka Tyrolska – kultowe, obowiązkowe taternika szpej żarcie. Wykopał je tu spod ziemi, kumpel jego rok temu zakopał w depozycie na zaśke. Daty ważności są srogo przeterminowane, leżąc zmrożone może są  zjadalne? Próbujemy, jesteśmy bardzo głodni nasze cienkie zapasy są na wyczerpaniu, a zrobił smak na podejrzaną mielonkę. Smakuje normalnie, jest smaczna, opychamy kilka puszek. Resztę bierzemy do namiotu, żegnamy „cześć” z gostkiem i spadamy zmęczeni w kimę. W nocy czuję konwulsje w żołądku, coś bulgocze, niedobrego dzieje – ała, niedobrze. O świcie wybiegam z namiotu w kosówki eksplodując masakrowo mielonką. :roll: Za mną Prezes też udaje w podobne miejsce tyrolskiej zachcianki. Jednak terminarz konserwy nie odpuścił, zemścił przeczyszczająco. Bulgoty i spinanie niewygodne czułem jeszcze parę dni, strucie padliną obficie działało. Nawet jeść nam już nie chciało, żadnej ochoty… Zwijamy bazę, pakujemy wory na sanie.

Droga powrotna doliną jest żmudna, wykańczająca. Po wczorajszym i nocnym opadzie świeżego śniegu i tu jest przesrane. Sanki teraz bardziej przeszkadzają zamiast pomagać w transporcie. Zapadają w głębokim śniegu i przewracają. Większą część drogi wory idą po plecach, a sanki biegną za nami na Łysą do fury. Czas do domku – Złoty Bażant na drogę
- A. Pierzchniak

fot. Artur Pierzchniak
Opracowanie: Ela Wolny

Zobacz również:
- Wspieranie alpinizmu polskiego wpis
- Artur Pierzchniak-Guma całość

 

Inaczej Diablak, w swoje 50-te urodziny, coś pięknego.  Tak. Wszyscy zazdrościli pomysłu, co chwilę słyszałam „A Ela, ta pani, ma dziś urodziny! 50-te urodziny!” każdy mówił „Świetny pomysł!”. To bez wątpienia moje najpiękniejsze urodziny, nie tylko inwersja, ale w ogóle Babia Góra, królowa gór, Diablak, a pogoda taka jak… u Pana Boga w gościach, jak w niebie, przecudowna, wymarzona. Poznani przewodnicy z Rudy Śląskiej mówili mi, że są na niej setki razy, a każdym razem jest  inna. Zmienna jak prawdziwa kobieta, piękna i dostojna. Nieobliczalna. Tym razem Babia  była u r o d z i n o w o, odświętnie przepiękna. Chris mi życzył „obyś była jak ta Babia Góra – piękna, majestatyczna i dumna”. Naprawdę wysokie C, wysoka poprzeczka. Net pisze „Babia Góra – dominujący element krajobrazu i składnik tożsamości ludzi. Pofalowane morze lasów, zwieńczone samotną wyspą hal alpejskich” – przedmieść Krakowa nie widziałam, swojego cienia na obłoku poniżej nie widziałam, dotknęłam za to swojego jestestwa. Byłam z 3 przewodnikami, to fantastyczni ludzie, fantastyczne, wprost wymarzone towarzystwo. Dostałam pamiątkowy dyplom i znaczek. A w serduszko niezmazywalną pieczęć niczym: dziara, graf, tatuaż – składnik tożsamości ludzi. Wiem, że na Babią nie raz powrócę, na pewno jeszcze  w tym roku.

Przepięknie przepiękna trasa, długa, długi dzień, a w trakcie widziałam przepiękne rzeczy, przeżyłam coś mistycznego, popłakałam się. Mam przepiękne zdjęcia, jestem opalona, jestem przeszczęśliwa. To chyba prawda, że życie zaczyna się po… 50-tce! W nim ważne są pasje, bo to one nadają mu sens, czym byłoby życie bez sensu?

23 marzec, świt, gdzieś przy trasie na stacji benzynowej. Coś wisiało w powietrzu, baliśmy się mówić, ale czuliśmy -  będzie pięknie:

P1160550
Przełęcz Lipnicka 1012 m n.p.m. – od pasących krowy pasterek – Krowiarki, wybieramy czerwony szlak, humory dopisują – świeci słonko!

P1160558
Podejście na Sokolicę 1367 m n.p.m. bym rzekła ciężkie, kiepa taka, że jest czas, żeby p o m y ś l e ć,  a między myśleniem a myśleniem  z  rzadka „babciu, babciu ile jeszcze?” :roll:

P1160581
Niemniej jest według scenariusza – wchodzimy w inwersję, na górze jest ciepło. I na co, po co komu wysuszone na wiór, nieprzyjazne  Kanary?!

P1160620
Mówiłam, kraina mrożonych kalafiorów, a mimo to humory dopisują. Żyć nie umierać, jest pięknie!

P1160805
P1160646
P1160625
Mijamy Gówniak 1617 m n.p.m., po lewej non stop towarzyszą nam Tatry – rzadki widok, przed nami, w zasięgu ręki, już Babia:

P1160667
P1160682
P1160688
Sparafrazuję „lubię kwiatki wolę orgazm” – królestwo oddam za górki!

P1160709
A chłopy? Do garóóówww!!!

P1160710
Kobiety? Na… Babią!

P1160712
I oto ona, Babia Góra 1725 m n.p.m. – nie mam pytań!

P1160761
P1160763
Jesteśmy nad pułapem chmur, mała drzemka NAD… chmurką i medytowanie. Paweł to nazwał „Niebo do wynajęcia, niebo z widokiem na raj”:

Niebo… jestem w niebie
I moje serce bije tak szybko, że mam trudności z mówieniem
I wydaje się, że znalazłem szczęście, którego szukam
Kiedy jesteśmy razem tańcząc policzek przy policzku

Oh Niebo, jestem w niebie
I wszystkie troski, które obarczają mnie przez tydzień
Wydają się przepaść jak karciarzowi szczęśliwa passa
Kiedy jesteśmy razem tańcząc policzek przy policzku

Oh kocham wspinać się po górach i zdobywać najwyższe szczyty
(…)
Louis Armstrong, Ella Fitzgerald – Cheek to Cheek

 

P1160715
I jeszcze krótki telefon, bo ludzie gór prawdziwie są z sobą, potrafią szczerze dzielić swą pasję:

P1160751
I jeszcze przekąs. I urodzinowy toast. Po czym już krótkie pożegnanie z Babią Górą i idziemy rozdzielając się – nasi towarzysze wyprzedzają nas i idą jeszcze na Małą Babią 1517 m n.p.m., my z Sylwią nadal czerwonym szlakiem, przez Przełęcz Brona 1408 m n.p.m. na Markowe Szczawiny. Później już znowu razem, ze schroniska, szlakiem niebieskim na Przełęcz Krowiarki. Nigdy nie zapomnę tych urodzin, wszystkim dziękuję za życzenia, a Krysi, Sylwii i Waldkowi za ten przewspaniały dzień, za ten niezapomniany wprost prezent:

P1160759
P1160794
P1160798
Aczkolwiek hmm zawiedziona troszeczkę, że nie było obiecanego rozdziewiczania, czyli zdejmowania bielusienieńkich stringów na bielusienieńkiej Babiej,  pozostaję w głębokim smutku, fest żałobie i nieutulonym żalu – ew :D

fot. Ela Wolny Beskidy

Zobacz również:
- Babia Góra – 23 marzec 2013 - zdjęcia Google+ EW

To był okres dobrego łojenja w Tatrach, bywało w sezonie letnim po kilka razy w górach. Wspinając z drogi na drogę do upadłego. Po łatwych i trudnych drogach, raczej tych popularnych. Nachodził i przychodził zakręt, na te dzikie, w cieniu straszne poszarpane. Lubiłem taki jeden z tych cieniów, z gapieniem na mroczną za plecami dupę Cubryny. Nieziemska ściana Mniszka przyklejona błoną do Mnicha. Raczej rzadko chudzona ze względów ponuroty i obok stojącego wykwintnego Mnicha. Pomyślałem warto tam wybrać. Kręciły mnie tam z opisów dwie drogi Super Direta 6+ i Direttissima 6.3. Warto było zmierzyć z tą drogą, zobaczyć Mniszkowe 6.3. Wcześniej w Tatrach robiłem podobnej klasy drogi, że nie pękałem, ale straszek i tak był podchodząc pod ścianę – sraka tradycyjnie była po piargach. Ale za to po niej.. było lekko w ścianie. :roll:

MNISZEK PIKMniszek Pik

I chyba w 1998 roku z Młodym Dyziem wiążemy sznurkiem, oszpejam i ruszamy. Pierwszy wyciąg podprowadzający pod trudności, rzęch jak wszędzie w rejonie Mnichów. Stajemy na wygodnej półce, można by opalać w śpiworze sącząc browara. Gapiąc na mochutne progi Cubryny, spoglądam w na rysę przewieszoną w okapie, nasz kluczowy wyciąg Diretki. Serducho podskoczyło, wnętrzności uniosły, mówiąc czy damy rady. A co mamy nie dać kuźwa, przyłażąc tu taki kawał!

MNISZEK-DIRETAMniszek Direta

Wbijam w rysę. Początek łatwy nawet, szpagaty, rozkraczki, wchodzę w główne przewieszenie rysy. Wpinam w jakiegoś zardzewiołka haka – kluczowe miejsce drogi – czuję moc, pchany do przodu. Idzie gładko, nawet nie meczę tak, wiem, czuję, że mam drogę w zasięgu ręki na czysto OS. Aż tu nagle, już po trudnościach, urywa mi chwyt i lecę przyciągany z powrotem na półkę. Lecąc wyrywam haka, a on ogromnego głaza. Przelatuję nad Dyziowym stanowiskiem, a głaz centymetry obok mojej głowy. Zawisam pod stanem zaskoczony co się stało. Gapię do góry i widzę, że brakuje haka. Wczołguję na stanowisko – sporą gruchę wyjebałem z 10 metrów, dobrze że stanowisko  wytrzymało, inaczej byśmy podrapani piargi wąchali.

Siedzimy na dupie i zastanawiamy co robić. Dyzia ciągnie na dół, by do Moka wracać. Mnie nie bardzo. Jestem wkurwiony. Czuję i wiem, że drogę zrobię nawet bez haka, z własną asekuracją. Mam ją rozpracowaną, czuję dosyć pewnie – to tylko parę trudnych ruchów i wskakujesz na półkę. A wyżej ciągnie ładna lita połoga płyta. Dyzio marudzi za uszami by schodzić. Chłopak trochę wydygał tego głaza, co by mi łeb przetrącił. A my oczywiście wolna amerykanka, bez nocników na głowie – niewygodnie i miejsca zajmuje w worze.

LUDEK MNISZKALudek Mniszka

Ciśniemy – Młody do góry, nie ma wymiękania.Wyjmuję czarodziejskiego frenda od Patryka, nówka, nie śmigany Camp. Kupił go niedawno i nawet mi go pożyczył. Wbiegam z powrotem w rysę, wbijam w trudności, obok wyjebanego haka w lepszym miejscu osadzam frenda. Gładko i spokojnie wychodzę ponad niego i wskakuję na wymarzoną półkę.

To nie koniec zabawy, ani wcale by wydawało. Przypadło mi teraz czujne skradanie płytą, do widocznego z 5 metrów wyżej, stanowiska na wygodnej półce. Nie ma tu żadnego haka, asekuracja z małych kostek roksów, które osadzam wyłącznie dla poprawy psychy – wiem że jak bym tu wyjechał, to one razem ze mną. O czym przekonałem, jak doszedłem do stanu i wybierając luz z liny od lekkiego szarpnięcia, wszystkie wypadły. Dobra Młody, możesz iść, wybieram. Zmaga z rysą w okapie, a potem z frendem tam osadzonym. Masakra, za cholerę nie chce wyjść, zatarł na maksa skurczybyk. Przecież nawet nie był obciążany. Co jest kurde, fak, miękki mechanik ten Camp. Dyzio walczy dobre 30 min, a on ani rusz. Zaczynam mieć tego dość, zbyt męczące to staje. Bolą mnie już łapy od ciągłego trzymania go na bloku. Dyzio też na tym szarpaniu okrutnie męczy, w końcu mówię mu „Pierdol go. Odkupie Patrykowi nowego”.

MNICH i MNISZEKMnich i Mniszek

Już spoko dochodzi do stanowiska, odpoczywamy chwilę posiłkując coś tam. Dajemy dalej ku piku jeszcze z 4 wyciągi, ale za to bardzo przyjemne. W litej skale już całkiem proste, w granicach V, można podelektować wspinaniem. Wbiegamy na przełączkę Mnichową, gdzie stoi stylowy posąg Mniszka. Siedzimy na piku wchłaniając otoczenie Moka i za plecami Zada Mnicha ze Szpiglasem. Było warto przedrzeć siur z frendem – A. Pierzchniak

fot. Artur Pierzchniak
Opracowanie: Ela Wolny

Zobacz również:
- Wspieranie alpinizmu polskiego wpis
- Artur Pierzchniak-Guma całość

 Czyli przed progiem wiosny arktyczne Pilsko. Skąpane w słońcu, którego próżno wspominać najstarszym góralom. Mieliśmy wchodzić od słowackiej strony, lecz nieoczekiwanie organizatorzy odwołują nie wiedzieć czemu wyjazd – olbrzymi błąd. Jedziemy sami, po raz kolejny od Korbielowa Kamiennej. Nad nami, obok nas, wzdłuż, niezmierzona ilość wyciągów, setki narciarzy – my ambitnie na górę pieszo. Na nogi raki i idziemy. Lecz oto zima stawia swoje warunki, tak dobrze znany szlak okazuje się być dla mnie, tym razem, naprawdę ciężkim. Korbielów:

P1160416
P1160427

Na całe szczęście zimno nie tylko trollom podwyższa IQ, do tego czarna kawa a’ 3 złote, Glucardiamid od Krysi, a nawet wygadany narciarz pobudzający swoimi słowami chorą wyobraźnię  i  idziemy.  Po drodze nie setki, a już tysiące narciarzy, w tym i niestety jadący na sygnale tobogan ciągnięty skuterem śnieżnym. Dla nas trwaj chwilo trwaj, humory dopisują – dobrze jest w towarzystwie ludzi kochających to samo. Marna chwila i nawet nie wiemy kiedy, jesteśmy na Hali Miziowej 1270 m n.p.m.:

P1160444
P1160531
Niestety, nie udaje nam się dopchać na mszę, ścisk większy niż na warszawskim dworcu, kolejka do WC większa niż na wyciąg. Z Tereską korzystamy z toalety… męskiej. Gwar i szum oplata. Przytłacza, chyba zaczyna mnie mdlić. Nie jestem przyzwyczajona do tak gwarnych lokali, siet, schronisk. Dla mnie góry to cisza, spokój, kontemplacja, samotność na szlaku i poza nim. Dziś tutaj tego nie znajdę. Dziś tylko komercja:

P1160447
P1160520

Idziemy dalej przekraczając magiczne 1400 m n.p.m. a wraz z nimi górną granicę lasu i biogrupy świerkowej. Zaczynają się schody, to znaczy ich brak. Moje raki nie pomagają. Stromo, a pod nogami twarda skorupa zmrożonego śniegu, wyślizgana przez zjeżdżających narciarzy, wysmagana przez ostry wiatr, zmrożona na śliską szklankę przez sieczący mróz. Nie wiadomo jak postawić nogę. Lecz jakoś idę nie widząc co za mną. Na górze nagroda -  naturalne SPA, ozonoterapia, big solarium z nowymi lampami (sic!):

P1160453
P1160459
P1160465
P1160456
Jeszcze tylko Pięć Kopców 1543 m n.p.m. – niższy wierzchołek Pilska…

P1160468
… i samo Pilsko 1557 m n.p.m. Na nim iście arktyczny, księżycowy krajobraz, jest mroźnie, wiele przeszywający mroźny wiatr, ale jest słonecznie, jest pięknie, jest bliżej nieba, bliżej Boga, bliżej nas – siebie i swojego jestestwa:

P1160484

P1160486
P1160495
Widok na Babią:

P1160488
P1160467
Widok na Tatry:

P1160508
P1160507
Dookolny widok na wszystkie masywy gór, polskie i słowackie. Wracamy, pełni radości żegnając tę przyjazną kopułę. Razem z nami narciarze, którzy wspięli się na sam szczyt – w swych ciężkich, plastikowych butach i z ciężkim na ramieniu sprzętem – tylko po to, by móc z Pilska… zjechać! Każdy ma swoje marzenia, każdy ma swój wymarzony cel, a a ludzi z pasją, po prostu kochać:

P1160512
P1160474

P1160481
Schodzimy. W około przepastna biel, bezkresna dal, niezmierzona przestrzeń, czający się lęk wysokości, narażenie na ekspozycję… Lecz oto naładowana pozytywną energią nieoczekiwanie mówię „Ja, Ela, jestem zajebista! Ja, Ela, jestem przewspaniała! Ja, Ela, jestem cudna i dlatego… spokojnie zejdę!”. Z coraz większym zdecydowaniem to powtarzam..  i? Schodzę. W drodze powrotnej dziewczyny zjeżdżają na reklamówkach. Zejście poza szlakiem po kolana w śniegu – co nas nie zabije to wzmocni. A puentę niczym kropkę nad „i” stawia Krysia: „Elu, jesteś wspaniała, cudowna, wytrwała… jednym słowem zajebista.” Za tydzień Babia! – ew

P1160452

P1160515

P1160524
fot. Ela Wolny Beskidy

Zobacz więcej:
- Pilsko 17 marzec 2013 – zdjęcia Google+ EW

Wielka Turnia – wielkie emocje cz. 1
Wielka Turnia – wielkie emocje cz. 2

Przebiegamy szybko, rytmicznie większość wyciągów z lotną asekuracją. Nie jest trudno – połogi teren, śnieg i trawki o trudnościach III+stopnia. Poważniej teren nabiera wzniosłości pionowych w partiach podszczytowych, gdzie już zaczynamy poważniej asekurować. Zaczyna ściemniać, a do piku zostały dwa V – najtrudniejsze wyciągi drogi.

WIELKA TURNIA

Zaczęło też  coś mocniej powiewać i sypać śniegiem – nadchodziła straszna nawałnica. Trudne wyciągi nawet bezproblemowo nam idą, już w zupełnej zamglonej ciemności. Jak wchodzę prowadzący na szczyt, wiatr prawie zwala mnie z nóg. Tomek z Marcinem siedzą skuleni ukryci za grzmolem. Czuć, że jest niedobrze. Dociera Simon i pakujemy prędko szpei. Szybko pogoda robi coraz gorsza, nic nie widać przez szalejący śnieg. Zastanawiamy przez chwilę, w którą stronę mamy iść, by dostać się do szlaku, a nim na Czerwone Wierchy, skąd już bezpieczne zejście do doliny i naszego namiotu. Przy takiej pogodzie  i warunkach można dostać dokładnego błędnika.. W razie czego, wiążemy się w czwórkę liną. Idziemy jak puszcza przed siebie, beż żadnej orientacji, myśląc może, że właściwie. W dodatku ogromny silny watr sypie lodowymi igłami po twarzy, oczach. Ciężko patrzeć przed siebie. Zaczynamy schodzić lekko połogim teren w dół. Nagle czujemy jak coś ścina nas z nóg i lecimy wszyscy w dół z oberwaną deską – lawinką.

Splątujemy się przy tym liną, na szczęście prędkość lawiny nie jest wielka. I dzięki mało stromowemu stokowi góry, szybko zatrzymujemy się na poletku.. Wyhamowuje to dalszy nasz lot w nieznane. Mięliśmy ogromne szczęście.  Naprawdę fart.

Rano jak wracamy i spoglądamy w to miejsce naszej lawiny, okazuje się, że po kilku metrach za poletkiem ściana obrywa się ogromnym 300-stu metrowym przewieszonym kominem. Z przerażenia szokulec łapie, że naprawdę żyjemy.

Powstajemy z lawinki rozplątując z liny, wracamy z powrotem do góry. Idziemy nadal po omacku kłóci igłami po twarzy i przewracani przez  wiatr. Szlaku na grań Czerwonych Wierchów, za chiny nie idzie znaleźć. Nagle stajemy nad pionowymi progami Litworowymi. Wiemy, że tędy można zjechać do doliny Miętusiej, z niej już Kościeliska, do namiotu. Nie widząc już sensu błąkania w tym huraganie, decydujemy się więc na te ekstremalne zjazdy nieznaną ścianą.  Huraganie, bo wiatr halny wiał tej nocy z siłą 120 km – tak dowiedzieliśmy z radia następnego dnia. No to zjeżdżamy w przepaść po kiepskiej kruchej skale. Nie było nawet  haka w co wbić, prawie wyłącznie trawska. W sumie z 5 zjazdów 50- cio metrowych na związanych linach wyszło. Stanowiska robiliśmy z pojedynczych igieł  do trawek, które wbija i wkręca w trawkę zamiast haka w skale. Takie zjazdy są bardzo psychiczne, nigdy nie wiadomo ile może wytrzymać taka zmrożona kępa. Zjazdy były powolne ze sraką  w porach, by za bardzo liny na wyrywanie nie kołysać. Byliśmy też już sporo odwodnieni i strasznie głodni, przemrożeni. Wreszcie zjazdy skończone, jeszcze parę metrów zejścia  po kiepskiej skale i stoimy na lądzie  uratowani, cali, uff.

Teraz przyszedł czas na marsz poprzez Wantule. Las  pełen połamanych drzew i zamaskowanych ukrytych dziur, w które ciągle się wpadało potykając o drzewska. W końcu na równym terenie mogliśmy ugotować spragnionej herbatki, bo żarła niestety nie było. Zaczęło świtać, gdy ruszyliśmy do doliny Kościeliskiej, a z niej do samochodu na żarełko. Dopiero nasyceni i wzmocnieni poszliśmy  z Marcinem zwinąć namioty. Po drodze obejrzeliśmy jeszcze  z wielką dozą wyobraźni linię naszej  300-tu metrowej lawiny. Pewna śmierć na miejscu – aż przerażało samo patrzenie się to miejsce i co by się stało. Zwijamy namioty z betami. Powrót z worem na plecach na nartach, co chwilę się wywracałem… heh – A. Pierzchniak

fot. Artur Pierzchniak
Opracowanie: Ela Wolny

Zobacz również:
- Wspieranie alpinizmu polskiego wpis
- Artur Pierzchniak-Guma całość

♫ ♪♫ Relaxdaily
FotoGaleria
Archiwum
1% PIT nr KRS 84062 cel Artur Pierzchniak. Wpłaty darowizn na konto Fundacji oraz poprzez przycisk Płacę Teraz - PayU cel: Pomoc Arturowi Pierzchniakowi Any donations can be made directly to the account of the Foundation or through the: Płacę Teraz - PayU and purpose Pomoc Arturowi Pierzchniakowi. Bank Millennium SA ul. Stanisława Żaryna 2A 02-593 Warszawa BIC/SWIFT CODE : BIGBPLPWXXX IBAN: PL 04 1160 2202 0000 0000 5515 5611
Wsparcie www