Subscribe RSS

Archive for the Category »Góry ✔ «

W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 9 – TENERYFA Pico del Teide 3814 m n.p.m.

P1120001W DRODZE – ISLAS CANARIAS  cz. 1 – Playa del Ingles
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 2 – Dunas de Maspalomas
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 3 – Puerto de Mogan
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 4 – Barranco de Guayadeque
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 5 – Roque Nublo 1813 m n.p.m.
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 6 – Pico de las Nieves 1949 m n.p.m.
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 7 – Playa del Maspalomas lot spadochronem
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 8 – Soria

Moja torba, jedno życie – jedna torba, czego chcieć więcej? Maleńkie życie spakowane w jedną torbę.

TENERYFA

Takie leniwe leżenie na plaży, spacery promenadą, Dunas de Maspalomas, do jakiegoś lokalu lub nawet centr handlowych sprzyjają długim rozmowom. Podczas nich sporo czasu poświęcamy Teneryfie. W tym celu asekuracyjnie kupujemy nawet dwa plażowe materace, termoizolacyjną torbę, mapkę Teneryfy. Marcus drukuje zezwolenia od Parque Nacional del Teide, czyta informacje dotyczące promu. Ja wreszcie gotuję na twardo jajka, bo oto nastał ten dzień.

Wstajemy po 5, pakujemy plecak, bierzemy kurtki, cieplejszą odzież, jedzenie na dwa dni, materace, śpiwory, ręczniki, ba, nawet poduszki. A do Bubby po raz pierwszy kawę. Przez Las Palmas udajemy się do portu w Agaete. Przed Agaete błądzimy naddając sobie drogi górskimi serpentynami, bo nie mamy jak zjechać na główną drogę. Pani z GPC zawodzi, co rusz beznamiętnie powtarza „Trzymaj się lewej” i Marcus wreszcie zaczyna się łapać za lewą nogę. To rozładowuje sytuację, mamy na szczęście spory czasowy zapas i nie kupiliśmy biletów na necie. Jesteśmy wolni, niczym nie zobligowani, nieskrępowani, wolni jak ptak. Wreszcie i port Puerto de las Nieves, Marcus kupuje bilety w obie strony, na dziś i powrót jutro. Pierwszy raz płynę promem – prom linii Fred Olsen Express. Parkujemy i idziemy na górę. Przed nami w półkolu oszklony cały dziub statku, siedzenia również jak przed ekranem w kinie, z jedną małą uwagą, wygodniejsze. Czuję się jak motorniczy olbrzymiej lokomotywy. Czyściutkie toalety, barek, sklepiki, monitory z wideo, klimatyzacja. Zaczyna mocniej bujać i zakładam słuchawki z MP3, mimochodem myślę o Heweliuszu, staram się zasnąć – nie przykleiłam na pępek plasterka. Przed nami najpierw Gran Canaria, potem zakręt i… zbliżająca się Teneryfa.

Buja.

P1120036Dopływamy do Santa Cruz de Tenerife i pierwsze wrażenie obłędne, toż to prawie Sydney. Podobna muszla, chromem i szkłem błyszczące wieżowce. Dojeżdżamy do TF-24 potem TF-21 i drugie wrażenie jeszcze lepsze. Nie ufając już pani z GPC, wjeżdżamy w leśną drogę i tracimy orientację. Zatrzymujemy się przy przydrożnej kapliczce a Marcus idzie zapytać o dalszą drogę na Teide. Napawam się. Łaknę spragniona roślinności. Teneryfa okazuje się bardziej zieloną od Gran Canarii. I chłodniejszą. A jednak tu również przemykają sinoszare, pustynne jaszczurki. Mimo to czuję się prawie jak u siebie w Beskidach, las szumi, ściółka chrzęści, widzę turystyczny szlak. Marcus wraca z dobrymi wieściami – jesteśmy na tej drodze, która zaprowadzi nas pod sam wulkan. Długa droga, na szczęście z tych klimatycznych. Po pierwsze wśród iglastych drzew. Po drugie, nad widokowymi przepaściami, po trzecie w doskonałej jakości, a po czwarte z czasem, ukazująca nam górny pułap chmur. Jesteśmy przecież na 2000 metrów wysokości i pod nami puchowa kołderka bielutkich chmur. Trochę czuję zawiedzenie, że nie zobaczymy Teide. Błąd. Przecież ten szczyt jest prawie o dwa tysiące metrów wyższy, więc jest ponad chmurami.

DSCF6313I widzimy go, zanurzonego w morzu na 7500 metrów, z otulonymi nogami puchową kołderką, która jakby zsuwa się… Łamię paznokieć i jedziemy dalej. Wreszcie kolejka na szczyt. Parkujemy od niej w znacznej oddali na darmowym miejscu, dochodzimy do stacji, kupujemy bilety i wchodzimy. Wagonik za jedyne! 25 euro za głowę jedzie na górę raptem 8 minut, a przy każdym przęśle głośne haha i ja powoli mdleję. Mdleję wychodząc na widokowy taras, mdleję robiąc spacerniak wśród porozrzucanych kamieni lawy. A widoki są więcej niż obłędne.

Jesteś na dachu świata prowincjonalna kobieto! Nic to, że ten twój świat jest taki maleńki.

DSCF6311Robimy zdjęcia tym razem Gran Canarii. Potem sobie. I Marcus obejmuje mnie a ja czuję absolut – bezgranicznie ufna czuję  opiekę, troskę, stopniowo wpajane poczucie bezpieczeństwa. Nie wiem dlaczego, ale nawet przypomina mi się jak na wydmach nosi moje sandały… zatroskany o mnie jak Matka z Ojcem. Jak Ojciec z Matką. Rozrzedzone powietrze i ty głupia kobieto chyba naprawdę myślisz, że kocha. Siada w miejscu, od którego boli mnie brzuch – ten facet nie ma w sobie kompletnie strachu. I już rozgląda się, za strażniczą budką z przejściem na szczyt.  Cycuszek. Mamy pozwolenia od 15-stej, do 17-stej, lecz może  jednak już teraz nas wpuszczą?

P1120159Szczyt wypolerowany jak pupcia niemowlaka, źle – jak pierś młodej dziewczyny. Tak. Pico del Teide swym kształtem naprawdę przypomina kobiecą pierś. Ale w rozmiarze DD… Nie mam sił nawet powiedzieć „Nie”. Poza tym nie wiem co mnie czeka, nie wygląda to wcale tak strasznie. Ciśnienie ani powietrze mi nie dokucza, dużo chodzę po górach, a ostatnio nawet coraz częściej trudną zimą. Nienawidzę już lata w Polsce, tych nowych upałów, które są nie do wytrzymania.. A tu, ciepłe, gorące wyspy a temperatura nie zabija. Owszem,  daje o sobie znać ekspozycja, wysokość, wysokość i przestrzeń plus gra wyobraźni – noga ci ujedzie, zjedziesz, spadniesz, patrz gdzie polecisz… No, ale widoki naprawdę ponadprzeciętne. Dlatego warto, zawsze na każdą górkę warto, szczególnie taką jak ta – najwyższą spośród wszystkich gór, na wszystkich atlantyckich wyspach.

Strażnik zagląda bardziej w nasze ksero paszportów i na nas „Elizabeth? Hmmm… Marcus?”. I ruch na jego brodę, nie ogolił się i wygląda jak… Nienawidzę facetów z zarostem, Marcusa proszę – nie ścinaj – toż to afrodyzjak niczym czarna, koronkowa pończoszka! Wreszcie strażnik po kilku długich sekundach śmieje się i pozwala nam wejść. Mamy 2 godziny. Z początku spoko, znów spotykamy sinoszare jaszczurki. Z czasem droga robi się bardziej kręta i stroma.

DSCF6325Pierwszy sygnał, zdejmuję dres. Wąska ścieżka ułożona jest jakby z kafelek w łazience, ale z ruszających się nierównych kamieni. Niebezpiecznie nabiera coraz ostrzejszego kąta nachylenia. Mam nieustanną obsesję, że moje buty z tej gładkiej posadzki po prostu zjadą. Do tego ta ekspozycja, ta przestrzeń, wszechogarniająca dookolnie otwarta przestrzeń i przepaści – przecież jesteśmy na prawie 4000 metrów. Mijają nas roześmiani ludzie, niektórzy z… dziećmi. A ja idę prawie bijąc pokłony i trzymam się kurczowo Marcusa.

P1120215Za plecami widzę oddalającą się strażniczą budkę, znów chcę tam być! Mijany przez nas turysta z ustami białymi od kremu, pyta wreszcie czy OK?. Jasne. Mijamy ich  szybko i wchodzimy jeszcze szybciej za kolejny zakręt, gdzie widzę prawdziwą zjeżdżalnię, ułożoną z płaskich, chybotliwych kamieni prawdziwą zjeżdżalnię. Mówię pass!. Marcus jeszcze próbuje coś utargować, coś mówi o 25 brakujących metrach i obejrzeniu krateru. Czy to tu wspomina „Pamiętasz co pisało na Sorii”? I chyba myślę tym razem o wydaniu książek.

Nie słucham go. Wiem, że więcej nie dam rady. Znajduję kamień w kształcie miednicy i w tym zagłębieniu siadam przylepiona do ściany niczym pijawka. Przede mną z 40 cm ścieżki, więc nogi daję po skosie, by zostawić innym przejście. Z czerwonego kapelusika zupełnie bezwiednie nie wiedzieć czemu odpinam żółty kwiatek. Robię dwa zdjęcia i czekam na powrót Marcusa. Czas stanął w miejscu. Cieszę się, że weszłam tak wysoko, ale chcę już być na dole. Mija mnie znów turysta z białymi ustami i zdziwiony podnosi brwi namawiając aby iść dalej. Szeroko się uśmiecham i mówię słodko „Pass!”.

P1120213Cieszę się, że Marcus mógł podejść do krateru, jeszcze wtedy nie wiem, że na samym szczycie zrobił sobie zdjęcie z rękami ułożonymi nad głową jak domek, jak szczyt, prawdziwy szczyt – 3814 m n.p.m. I jednak jest tak jak ma być, nie rywalizuję o palmę pierwszeństwa, jest tak jak być powinno. Cieszę się, że doszedł do syczącego żółtą siarką krateru, chociaż z pewnością mógł znacznie wyżej. Cieszę się, że wie po co nosi spodnie, za to ja, mogę być wreszcie tylko małą, bezradną dziewczynką. Cieszę się, że doszłam tak wysoko – podobno brakowało mi już parę metrów. Nie wiem. Z moim lękiem wysokości i tak zdobyłam nie do zdobycia niebotyczny wprost kosmos. Ostatnie moje zdjęcie – Teide – Piekielna Góra – zaiste.

Hola! Marcus wreszcie schodzi, lecz jeszcze nie odpuszcza, jeszcze mnie namawia mówiąc że brakuje mi parę metrów… Jednak moje rondo czerwonego kapelusza już jest na mojej głowie, by zasłaniać mi otwartą przepaść. Do tego chwytam Marcusa za jego silną dłoń jeszcze silniejszą swoją i już nie puszczam – pomoże mi bezpiecznie zejść. Nie ma mowy, ani kroku dalej.

P1120249Myślałam wtedy, że to koniec mocnych wrażeń na dziś. Jak bardzo byłam w błędzie… W drodze powrotnej oglądamy jeszcze La Gomerę, na której zakochał się Kolumb, gdzie jest ta historyczna studnia, ale już kombinujemy jakieś fajne miejsce na nocleg. Na Gran Canarii tyle ich jest, leśnych miejsc campingowych, leśnych parkingów, a na Teneryfie nic. Coraz bardziej rozżaleni zjeżdżamy coraz niżej, przy okazji oglądając Teide od tyłu. Pogoda się psuje, ale nadal słonecznie i parno. Wreszcie decydujemy się na nocleg jak najbliżej portu w Santa Cruz de Tenerife – przecież rano jest rejs. Niestety, zero plaż, null, nic. Parking obok McDonalds okazuje się nie mieć nawet w McDonalds toalety (sic!). Wpadam na pomysł:
– Może zapytasz czy można zamienić prom na dziś?
Szczęście nam nadzwyczaj sprzyja, to te płynne ruchy i żadnych potknięć, żadnych podtopień, żadnych spięć. Wjeżdżamy na portowy plac, trochę kluczymy, nie wiadomo gdzie kasy, kogo się spytać, wreszcie Marcus podbiega z biletami do dwóch mężczyzn stojących przed przycumowanym… promem. Obserwuję go z daleka, coś mówią, po czym z powrotem biegnie do mnie, do auta. Mamy się ładować! Jeszcze tylko odwracają się klepiąc rękami po tyłkach, co tłumaczę:
– Tyłem, wjeżdżaj tyłem!
Wjeżdżamy i liną zamykają bramkę. Prom odpływa. Nie do uwierzenia? Por que si! – ew CDN

fot. Ela Wolny Teneryfa

Zobacz również:
Pico del Teide  zdjęcia Google+
Teneryfa zdjęcia Google+

FacebookTwitterGoogle+Google GmailWykop
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 8 – SORIA

3W DRODZE – ISLAS CANARIAS  cz. 1 – Playa del Ingles
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 2 – Dunas de Maspalomas
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 3 – Puerto de Mogan
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 4 – Barranco de Guayadeque
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 5 – Roque Nublo 1813 m n.p.m.
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 6 – Pico de las Nieves 1949 m n.p.m.
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 7 – Playa del Maspalomas lot spadochronem

Moja torba, jedno życie – jedna torba, czego chcieć więcej? Maleńkie życie spakowane w jedną torbę.

SORIA

Marcus wpada nagle na pomysł, żeby iść gdzieś wieczorem posiedzieć. Więc idziemy. Gran Canaria nocą. Szukamy lokalu gdzie grają nieopatrznie trafiając przed klub gejów, gdzieś tam zaprasza transwestyta, leje się alkohol, ocieka seksem – pełno tu tego. Docieramy wreszcie na plażę, gdzie czeka na nas spuchnięty do granic możliwości Księżyc – niesamowity wprost widok, widać każdy krater, każde wzniesienie, srebrny pył, srebrny glob. Przepięknie. Siadamy przed estradą gdzie występuje Michael Jackson. Ktoś wstaje i tańczy, patrzymy na siebie. Po nim wiecznie żywy Presley w przyciasnym kostiumie. Pijemy po wielkomiejsku drogie piwo wprost z maleńkich butelek i nagle Marcus wiercąc się mówi, że zatańczymy jak Presley zaśpiewa Love me tender…

Jak mantrę żarliwie zaczynam odmawiać zdrowaśki różańca, żebyśmy nie dożyli tej chwili. Bozia mnie wysłuchuje –  jestem przecież grzeczną dziewczynką. Czasami.

SORIA-nr2Szukamy czegoś na wyjazd i w oko wpada nam największy zbiornik wody na wyspie. Presa de Soria, usytuowany w epicentrum wyspy.

Jedziemy jeszcze nie wiedząc, że czeka tam na nas olbrzymie graffiti: MAKE A WISH. Ze swych już pszeniczno-jasnych włosów pletę francuskiego warkocza, najkrócej jak się da obcinam czarne jeansy i jedziemy. Początkowo tę samą drogą co na Roque Nublo i Pico de las Nieves GC-60. Pierwszy przystanek w El Molino – bo tu mieszkają pozytywnie zakręcone letkoduchy. Zatrzymuje nas przecudnej urody wiatrak bielony białym wapnem i przykryty pomarańczowym stożkowym daszkiem jak z gliny – na tle masywów górskich – prawdziwa bajka! A obok niego wielgachne, w tym samym kolorze co daszek i wypełnione wielgachnym kolorowym kwieciem, wielgachne gliniane garnce – na tle masywów górskich, na tle wiatraka – bajeczka! A obok ogromny czajnik, takiż sam dzbanek do kawy, młynek, żelazko… nie pamiętam co jeszcze… świat Guliwera? Czy ja niepostrzeżenie przedzieżgnęłam się w Calineczkę? Wschodzące słońce, wioska śpi, my biegamy z aparatami, warkocz na plecach furkocze, to będzie piękny dzień. I był.

Jedziemy przez Mogan, a wokół piękno przyrody. Otaczające miasteczko wysokie góry, zielone lasy piniowe, a w dole zachwycający Barranco de Mogan. Kolejne pola widokowe zaznaczane tu ikoną aparatu. Zdjęcia z nich takie, że tylko w antyramę. Jesteśmy już specjalistami w robieniu sobie wspólnych zdjęć – swoboda, luz, prawdziwa radość aż kipi.

P1110791Ayacata, San Bartolome de Tirajana, niewielka osada w tej górskiej części wyspy, niepozorna a jednak to główny ośrodek administracji całego południa Gran Canarii. Oczywiście i stąd zachwycające panoramy na leżące w dole wioski oraz otaczające wysokie góry. Dla nas tylko przejazdem, ale  przecież jestem już mistrzynią w budowaniu swojego refleksu. Marcus jedzie a ja przez okno staram się filmować lub zdążyć zrobić porządne zdjęcie: panoramy bez przydrożnych słupków, bez rozmazanych krzaczków, bez skaz. I o dziwo bardzo często się to udaje.

Podjeżdżamy pod Montana de Tauro, wiemy, że gdzieś tu biegnie turystyczny pieszy szlak, wiodący pod zbiornik Chira a potem wzdłuż Sorii. Wchodzimy na najwyższe w tej okolicy wzniesienie, z którego bardzo dobrze widać Emb. De Cuera de las Ninas. Ziejący swą zielonością turkus. Prawdziwe turkusowe oczko, w tym kamiennym pierścieniu górzystej obręczy. Oczywiście szybka decyzja i schodzimy do niego w dół. Początkowo jest nawet jakaś ścieżka, która za chwilę okazuje się nią wcale nie być. Gołe nogi coraz częściej ranione są poupalanymi nie wiedzieć czemu krzewami. Kolejna decyzja, schodzimy środkiem wyschniętego potoku. Górzystego potoku. Pełnego ogromnych skał.

DSCF6272Szykuję sobie ogromnego kostura niczym trekkingowy kijek, a Marcus wspomina krakowskie skałki. Ja takiego doświadczenia nie mam. Beskidy mają raczej szlaki przykryte nadszarpniętym zębem czasu, ale jednak dywanem. Otoczenie rzeczywiście poraża swą zielonością, zbieramy olbrzymie szyszki pini z kanaryjskiej sosny, pachnące na umór żywicą. Wreszcie z wielkim trudem dochodzimy do lustra wody niestety z porośniętymi na dziko brzegami – co za ulga obmyć ręce i twarz po raz pierwszy nie w słonej wodzie. W drodze powrotnej, znów stromym wnętrzem wyschniętego koryta górskiego potoku pełnego ogromnych skał i narzutowych głazów, aparat Marcusa doznaje solidnego ała. Między skałami gubi się też jedna z jego części. Aparat dany mi już na wstępie w prezencie. Czy to dlatego akurat mnie udaje się zauważyć, w którejś ze szczelin zgubioną część? I czy to dlatego akurat mnie, udaje się tą część ponownie zainstalować? Aparat o dziwo, mimo porządnego uderzenia nadal działa. Z czasem „zapominam” go zabrać z wyspy, na Marcusa lament odpisuję… pożyczam ci go.

P1110889Dojeżdżamy do Sorii, która wita nas swą prawdziwą potęgą. Turkus wody naprawdę zachwyca – objęte kleszczami skalistych, szaroburych ścian wysokich masywów turkusowe ogromne oczko. Największy zbiornik wodny na Gran Canarii położony w jej centralnej części. Teren urzeka swą zielonością i świeżością powietrza. Objeżdżamy tyle ile się da, po czym wracamy, parkujemy i schodzimy na kołnierz tamy. Dostaję prawdziwego zawrotu głowy na widok wysokości betonu – jestem na dachu wieżowca? Nie! Prawdziwego drapacza chmur! A na nim wspomniany ogromny napis MAKE A WISH. Marcus ponagla, więc myślę sobie coś, co… się nie spełnia. Marcus szaleje, biega po kołnierzu, robi zdjęcia pionowym wręcz dawidowym schodkom wznoszącym się od dna wyschniętego wąwozu do samego nieba. Robi zdjęcia swoim cieniom z wyciągniętą ręką – Yeah! Ta tama to prawdziwy pochłaniacz chwastów, a on mimo to „Skoczyłbym tam za tobą!”.

P1110916Ten Canadias robi tu naprawdę jeszcze większe wrażenie niż najgłębsze i najciaśniejsze Barranco de Guayadegue ze swoimi 1500 m. Soria – największy zbiornik wodny Gran Canarii, w porównaniu z naszymi, jest nie na szerokość jak rozlewisko, a ciasny i bardziej w głąb. Że też Kanarianie nie mają w zwyczaju robić tych informacyjnych tablic. Taka nonszalancja jakby cały świat miał wiedzieć jak nazywa się ta rzeka, ten szczyt i ile ma wysokości, albo jakie gabaryty ma ta zapora… – a kogo to obchodzi? Mnie! Chcę jak w Yumie „skąd wiesz?” a ja „bo się interesuję”. Barranco de Mogan naprawdę sprawiało wrażenie najgłębszego – te schody!

Na złapanie oddechu wchodzimy do usytuowanego nad brzegiem tamy lokalu. Jasnowłosy kelner o aryjskiej iście bladolicej urodzie zaczyna z nami rozmawiać – to Marcus z pietyzmem szlifuje swój hiszpański. Niemiec przechodzi jednak na angielski. A ja, o dziwo, wśród Hiszpanów rozumiem angielski Niemca. Mieszka tu od lat, tu chodził do szkoły, hiszpański no problem. Wspaniałe miejsce ta Gran Canaria – komplet. Komplet wszystkiego. Wcześnie wyjechał z Niemiec, więc Polski nie zna. Ale pracuje z Polakiem, który akurat dziś ma wolne. Zna języki, ale z polskiego trudno jest mu sobie cokolwiek przypomnieć. La cuenta por favor – dostaje napiwek i wracamy.

SORIA-nr-6Jeszcze tylko kładę się do zdjęcia na ławeczce na tle tamy, jak pod sekwoją, a może drzewem laurowym, jak Klaudiusz z Cesarstwa Rzymskiego – na co mój aparat krzyczy konkretnie „Jeść!”. Marcusa jeszcze chory. Siet dog jak mówi Kanada. Wracamy.

Wracamy  przez Puerto de Mogan, na rybkę. Wracamy prawdziwym rajdem rodeo – odcinek, co ja mówię, odcinki specjalne. GC-rodeo, którym Marcus obiecuje poczęstować naszego gospodarza. Czy jechał już kiedyś tak trudną trasą? Z pewnością nie. Trasa naprawdę trudna, ale widoczność doskonała, nic na drodze, można wypróbować swe umiejętności. Marcus jest przeszczęśliwy, jest w swoim żywiole, kręci tą kierownicą, a ja razem z nim… film kręcę – en eterno recuerdo – ew CDN

fot. Ela Wolny Gran Canaria

Zobacz również:
Soria zdjęcia Google+

FacebookTwitterGoogle+Google GmailWykop
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 6 – Pico de las Nieves 1949 m n.p.m.

P1110428 W DRODZE – ISLAS CANARIAS  cz. 1 – Playa del Ingles
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 2 – Dunas de Maspalomas
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 3 – Puerto de Mogan
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 4 – Barranco de Guayadeque
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 5 – Roque Nublo 1813 m n.p.m.

Moja torba, jedno życie – jedna torba, czego chcieć więcej? Maleńkie życie spakowane w jedną torbę.

PICO DE LAS NIEVES (1949)

Uważny czytelnik na pewno dostrzeże, jak z każdym dniem przesuwam swój nie tylko horyzont, ale i łamię zastane od lat blokady otwierając się na oścież. I tylko pozornie chodzi tu o odporność na ekspozycję, i o lęk wysokości.  Lęk is lęk i ja go rozumiem.

Teraz już z górki, tzn nadal pod górkę, ale nie z takim podejściem jak na Roque Nublo. No, dla równowagi z gorszym zejściem. Przed nami Pico de las Nieves ze swoimi 1949 metrami – najwyższy szczyt Gran Canarii. I niestety…  z zamkniętym przez wojsko szczytem. Jednak dobrze, że się tam udajemy, bo baza wojskowa okazuje się tylko jedną kopułą ogrodzoną szczątkowo siatką. Natomiast nie tylko taras widokowy, ale i najbliższa okolica szczytu, na którą się wspinamy, jest nadal dostępna, a z niej widok taki, że po prostu ech…

DSCF6109Marcus znajduje wejście przez dziurę w siatce, najpierw wspina się sam, później schodzi po mnie i jestem. Spowite chmurami niższe góry Roque Nublo i Roque Bentayga, z wynurzającymi się jak z dymów swoimi szczytami sprawiają wrażenie jak z kosmosu i nawet Roque Nublo ze swoim ogromnym monolitem wygląda stąd jak nic nie znaczący wzgórek. A Roque Bentayga (1412)? Bardzo ważne miejsce dawnych Kanaryjczyków, wyznaczający dokładny środek wyspy bazaltowy monolit skalny, miejsce święte, gdzie składano ofiary prosząc o deszcz i obfitość zbiorów. W całej okazałości widać też najwyższy szczyt Teneryfy Teide, zarysy sąsiednich wysp: La Gomery i Fuertevertury.

Mam spory problem z zejściem. Wyobraźnia uruchomiła projekcję i droga wygląda, jakbym miała zjechać na tyłku z małej zjeżdżalni wprost w chmury i dymy, za którymi już tylko 2000 metrowa przepaść. Ale nie jestem sama – widzę  rękę, która zdecydowanym ruchem zachęca – wiem, że jest silna, że jakby co mnie przytrzyma więc…schodzę.

DSCF6099Na parkingu Hiszpan pyta mnie o coś, tak soy Polaco, hablo solo un poco de… Po czym dostaję ulotkę w języku polskim o kanaryjskim specyfiku Aloe Vera. Rzeczywiście bardzo dużo tu rośnie –  i w olbrzymich rozmiarach – tego naszego pospolitego i chyba niedocenianego biurowo-szkolnego kwiatka – aloesu. Do kieszeni plecaka wkładam ulotkę i idziemy zwiedzać inne części szczytu. Idziemy przez piniowy, cudownie pachnący igliwiem las, pod stopami chrzęści ściółka, w uszach szum choin, robimy przerwę na lunch. Zaczynamy marzyć o nocowaniu w takich właśnie warunkach. Jest sielsko,  anielsko, bzyk much, lizanie promieniami słońca, które… nie daje cienia – cień jest dokładnie pod nami. Niebywałe.

Tuż obok lądowisko dla helikoptera, dookolne widoki, formacje skalne układające się w dziwne kształty i formy.

P1110413Ale i głębokie, zabytkowe studnie, w których z powodzeniem specekipy zbierały  śnieg. Przez wielkie zadaszone doły łapany, zbierany, ubijany, formowany w kształtne bloki i znoszony  w dół… Chyba trzymali w tym śniegu złowione ryby. Co dziwne, że to kancelaria kościoła musiała wydać zgodę na budowę takiej śniegowej studni. Ot, inny świat, inne zwyczaje, inna kultura, wszystko tak bardzo inne.

Polscy himalaiści, tak bardzo cenieni w środowisku, są właśnie żartobliwie tłumaczeni tym, że mają po prostu łatwiej – wychowani na lepieniu bałwanów, po uszy zakopani w piaskownicy pełnej… śniegu.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze, żeby obejrzeć z góry w całej okazałości wybrzeże z Las Palmas. Robimy zdjęcia, Marcus filmuje nazywając mnie Magurką, a poproszony przez szkocką parę o zrobienie im zdjęcia, markuje ucieczkę z ich aparatem. Jest wesoło.

Wracamy i po raz kolejny muskam wzrokiem wiele Casas Cuevas – jaskiniowych mieszkań, pozostałych po rdzennych aborygenach. Spora część tych jaskiniowych grot jest o dziwo również wykorzystywana współcześnie stanowiąc miejsce zamieszkania dające tak potrzebny chłód w letnie upały, a zimą ciepło. Przejeżdżamy ponownie przez prześliczną Fatagę, położoną w górnych partiach nie tylko Barranco de Fataga, ale i w ogóle całej wyspy. To najbardziej malownicza wioska tego regionu, niczym oaza otoczona gęsto soczystymi palmami, drzewami owocowymi i rozrośniętymi krzewami. A wzdłuż jej wąskich, krętych uliczek ciągną się klimatyczne niskie białe domki. Do tego w centrum miasteczka skromny kościółek a obok jeszcze bardziej klimatyczne kanaryjskie knajpki. Jest moc. Wracamy i w drodze powrotnej czytam działanie i zastosowanie Aloe Vera… oj, habla que comprar – ew CDN

fot. Ela Wolny Gran Canaria

Zobacz również:
Pico de las Nieves zdjęcia Google+

FacebookTwitterGoogle+Google GmailWykop
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 5 – ROQUE NUBLO 1813 m n.p.m.

DSCF6064W DRODZE – ISLAS CANARIAS  cz. 1 – Playa del Ingles
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 2 – Dunas de Maspalomas
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 3 – Puerto de Mogan
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 4 – Barranco de Guayadeque

Moja torba, jedno życie – jedna torba, czego chcieć więcej? Maleńkie życie spakowane w jedną torbę.

ROQUE NUBLO (1813)

Moje włosy są coraz jaśniejsze, a skóra wprost proporcjonalnie ciemniejsza. Mam wrażenie, że gdyby nie ten snopek siana na głowie, wyglądałabym już jak pracujący na roli P1110275Portorykańczyk. I spadam z wagi. Codzienne wycieczki, codzienny basen, coraz dłuższy tam do pokonania dystans, inne, lżejsze jedzenie. I jakby leków nie potrzebuję zażywać. Ktoś, w którymś z przewodników mówił, że Gran Canaria to miejsce, gdzie odstawia się leki. Przyjechał z całą ich torbą, by ją niepotrzebną odrzucić. Chyba to prawda. Stała temperatura, brak skoków ciśnienia, niezmienny klimat i czegóż chcieć więcej dla naszego organizmu? Ciepło, powietrze, przyjaźnie uśmiechnięci ludzie i dobre towarzystwo – jak plasterek na połamaną duszę.

Siedzimy sobie w lokalu, rozmawiamy luźno o życiu i nagle słyszę:
P1110342- A wiesz dlaczego ja rzuciłem palenie? Bo mi zaczęło śmierdzieć w kroku – Acha, myślę sobie, szczery chłopak do bólu. Ale on dalej mówi:
– Bo wiesz, jak tak jedziesz tyle godzin tym trock’iem…
I jak tu można mieć jakikolwiek stres, tak ostro razem płacząc ze śmiechu?

Robię kromki z glonkiem – wędzonym, polskim serem, z przepysznego hiszpańskiego chleba, takiej big pszennej bułki. Zawijam w sreberko polskie kabanosy, do Bubby pakujemy wodę, na wszelki wypadek bierzemy moje dobre, górskie buty, mapkę, okulary i w drogę. Drogą GC-60 zaczynamy się wić  zboczami wysokich gór, lecimy przez Ayacata, miasteczko w samym sercu gór, odwiedzamy kolejne punkty widokowe, z których P1110394rozpościera się doskonały widok na leżący w dole wąwóz Barranco de Tirajana. Muskamy wzrokiem San Bartolome de Tirajana, zerkamy z góry na Santa Lucia, głębokie wąwozy oraz otaczające wysokie góry. Z jadącego samochodu robię zdjęcia przepaściom, widokom, zapierającym dech w piersiach górskim panoramom. Na jednym z ostrych zakrętów udaje mi się nawet złapać kamiennego Eskimosa – Eskimos na ostrym zakręcie? A jednak trening czyni mistrza. Mów mi Miszczu.

Stale towarzyszy nam ten majestatyczny widok pełen grozy, kamienne szczyty, w oddali majaczy Teneryfa i jej Pico del Teide. Jesteśmy nim zafascynowani i już wiemy, że na pewno go odwiedzimy. Marcus spędził przed laptopem sporo czasu, by uzyskać dla nas od Parque Nacional del Teide zezwolenie na wspięcie na szczyt – nie dziwi nic, 3718 metrów i niebezpieczny, wąski, śliski a ogromnie stromy szlak wymusza ostre wymogi bezpieczeństwa. Mamy te pisemne zezwolenia, mamy ksera dokumentów i tylko 2 godziny na pokonanie trasy, ale póki co, Roque Nublo (1813). Przebieram buty i wchodzimy na szlak.

Widoki są przeobłędne, coraz bardziej zapierające dech w piersiach. Robimy zdjęcia, a Marcus wspina się na jedną ze skał – zaczynam drżeć, o nie!

DSCF6079Roque Nublo, najsłynniejszy symbol Gran Canarii, wznoszący się na wysokość 1813 m n.p.m. to nagi cypel – ma się wrażenie, że wypolerowany przez deszcz niczym poniemiecki hełm. Jaki deszcz? A na nim 80 metrowy bazaltowy monolit, jak ustawione przez kogoś na sztorc olbrzymie jajo – ma się wrażenie, że zaraz się skula i z łoskotem stoczy…  a mimo to na nim wspinacze na linach. A wokół bezmiar przestrzeni, olbrzymi ocean nie wiadomo czego – rzeczywistego oceanu czy chmur. I to tam Marcus mnie chwyta mocno za rękę i mówi zdecydowanie „chodź!”. Biegam z poskręcanymi nogami po Pilsku, a tu nie chcę nawet o tym słyszeć, zapowiadam  manianę i dantejską scenę przy wszystkich. Jest nieugięty. Trzyma mnie mocno za rękę, prawie wciąga, podpiera, zabezpiecza, obiecuję po powrocie gwałt, a  tymczasem… jesteśmy.

Kucam tak na wszelki wypadek, żeby chociaż o te kilkadziesiąt centymetrów obniżyć sobie wysokość. Na szczycie sporo ludzi, w tym dzieci i kobiet w… japonkach! Na bazaltowym monolicie, chyba jeszcze więcej wspinaczy na linach. Marcus i tam chce wejść. Gwar jak na Monciaku. Ale i  oszałamiający widok. Zachwycający widok na zazielenione P1110407doliny, na najlepiej zachowane na wyspie obszary leśne Tamabada i Tirma, na leżące w dole wioski, na otaczające dookolnie góry, na dookolny ocean, na niski pułap chmur, na sąsiednie wyspy, a spośród nich najlepiej widoczny najwyższy szczyt Teneryfy, Pico del Teide.

Widać też stąd dwie inne skałki. Czy to na jedną z nich wspinał się przed chwilą Marcus? Czy to La Rana (Żaba) i El Fraile (Mnich)?  Chyba to one razem z monolitem, pod którym właśnie  stoimy, są tak dobrze widoczne z różnych stron wyspy. Marcus szaleje z kamerą, a ja robię mu zdjęcia, na których wygląda jakby stał na skraju drapacza chmur niczym kamienny, wyzuty z bojaźni posąg…

Podaje mi znów dłoń. Rondem czerwonego  kapelusza z żółtym kwiatkiem zasłaniam przepaść i… schodzimy. Jak  nie widzę przepaści nic się nie dzieje, nieodporność na ekspozycję jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znika. Bezgranicznie sobie ufam, stawiam pewnie kroki, daję radę – halo! Lęku wysokości – hasta la vista! Adios pomidory! – ew CDN

Zobacz również:
Roque Nublo zdjęcia Google+

 

FacebookTwitterGoogle+Google GmailWykop
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 4 – Barranco de Guayadeque

P1110177

W DRODZE – ISLAS CANARIAS  cz. 1 – Playa del Ingles
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 2 – Dunas de Maspalomas
W DRODZE – ISLAS CANARIAS cz. 3 – Puerto de Mogan

Moja torba, jedno życie – jedna torba, czego chcieć więcej? Maleńkie życie spakowane w jedną torbę.

BARRANCO DE GUAYADEQUE

Jakoś sprawnie idą nam nasze rozmowy. Okazuje się, że bez wysiłku, bez zbędnego wytężania szarych komórek potrafimy z sobą bardzo lekko rozmawiać. I okazuje się, że chcemy to samo. Widziany przeze mnie z okien samolotu dobrze wypieczony, popękany zakopiański chleb, czyli głębokie bruzdy wgryzające się w głąb wyspy kręcą nas obu. Najgłębszy z nich to Barranco de Guayadegue, osiągający nawet 1500 metrów. I przychodzi na myśl Grand Canyon, jeden z cudów świata za ciężkie amerykańskie dolary, a tam szklana platforma przypięta do pionowych ścian kanionu, pod którą głęboka, bo na 1220 m przepaść. Przemawia to do mnie dogłębnie… Bo mimo, że z gór, że rozkochana w górach, lęk wysokości mam. Nie podejdę do brzegu tamy lub na balkon wieżowca, a na zbyt ostrych zakrętach górskich szlaków, gdy jedna ze ścian schodzi pionowo w dół paraliżuje i obezwładnia mnie strach – wysiadam.  Nieodporna na ekspozycję i nogi stają się ołowiane lub jak z galarety, pulsuje w skroniach, serce wyskakuje z ram, jest pocenie i P1110185trzęsawka. Coś –  jakaś niewidzialna siła – ciągnie okropnie w dół… Jest też lęk, że podmuch wiatru zwyczajnie zmiecie jak piórko. Jest i strach, że coś każe skoczyć w dół.

Dlatego z pewnością to byłoby nieprawdopodobne wręcz wyzwanie zmierzyć się z samym sobą, by poczuć czy da się znieść tę przelewającą się masę adrenaliny, zawrót głowy i zapierającą dech niemoc. Poczuć niemoc każdym porem skóry, by wreszcie wygrać ze swoją słabością. Niewykonalne? Sprawdziłam na tej samej wysokości co Grand Canyon na własnej skórze – Góra Barania (1220)… na niej ażurowa wieża i totalna, łzawa porażka.

Jednak co nas nie zabije to wzmocni – zawsze warto spróbować raz jeszcze – zatem przed nami Barranco de Guayadegue, osiągający nawet 1500 metrów.. Wąwóz rozciągający się między Aguimes a Ingenio, jeden z najciaśniejszych i nagłębszych na Gran Canarii. I już po drodze widzimy stale cudowny po P1110029sam nieboskłon horyzont, cudowne, niespotykane wprost drzewa iście sekwoje lub Jozuego, kto powiedział, że miał jedno? Cudownie kwitnące ogromne kaktusy i równie cudowny, zapraszający wręcz szlak wiodący do… Canadas.

Idziemy zatem szlakiem wijącym się szczytem masywu, wzdłuż głębokiego wąwozu, na końcu którego wkomponowany tak mimochodem, w tą niepowtarzalną topografię terenu, mieszkalny dom – ziemianka a raczej kamieniczanka. Canadas? Nie. Wtedy jeszcze dziwimy się nazwie, wiedząc, że to barranco oznacza wąwóz. Marcusa Canadas znaczy zupełnie to samo. Po angielsku wycofujemy się znajdując kompetnie obskubaną jakby przez sępy białą czaszkę – zabieramy ją i idziemy do auta. Zjeżdżamy w dół. Wreszcie po zjeździe ostrymi serpentynami, a przed każdym zakrętem z ostrym dźwiękiem klaksonu, sam cel – majestatyczny kanion, będący najwyższym balkonem wyspy.

Nie dziwią mijane kolejne skalne pustelnie, niektóre bardzo wysoko – przecież to historyczne miejsce dawniej zamieszkałe przez Guanczów, pierwotnych mieszkańców wyspy. Pewnie taka tradycja do dziś. Po drodze odwiedzamy wielką atrakcję, wykutą w skale kapliczkę Świętego Bartłomieja Apostoła, gdzie Marcus zagaja miejscowych. Po czym po DSCF6037krótkiej już jeździe, wreszcie wstępujemy na Montana de las Tierras, z szokującym widokiem w głąb ciasnego wąwozu.

Barranco. Obchodzimy szczyt góry decydując się na wejście do wykutego w skale lokalu. Jakie zdziwienie w nas, nie tylko na widok szklanych gablot z banknotami z całego świata a w tym i dziesięciu złotych z Waryńskim, skalnej jaskini w której piwo smakuje jak nigdzie indziej, ale przede wszystkim, że drugie wyjście jest na przestrzał – nie musieliśmy obchodzić góry! Jednak warto było. Przebogate widoki, zapierające dech w piersiach przepaści, przeogromnie wybujałe kaktusy z wymownym graffiti, na nich moja czapka i zemsta Tutenchamona DSCF6031– milion kujących szpileczek.

I pierwsze tak naprawdę wspólne zdjęcie, zadowoleni, spokojni, objęci. I pierwsze tak naprawdę luzackie zdjęcie – ławeczka i my jak zombi – tak bardzo psujące krew innym. I jeszcze tylko wymyślne domostwa tubylców, a wszystkie wykute w skałach, a w jednym nawet tak wysoko… kury! A na szczycie kolejna kapliczka DSCF6051i Marcus ucinający sobie pogawędkę z kolejnym miejscowym.

Zapada decyzja o Roque Nublo (1813) i Pico de las Nieves (1949). Jeszcze zatem szybki rekonesans pięciogodzinnym doń szlakiem, w nadziei, że zobaczymy górę. Na stromym zboczu głębokiego barranco – no pase perros sueltos, a zamiast skrawka widoku góry olbrzymi, pozujący beznamiętnie jaszczur. Kilka zdjęć i szybki powrót, by ustalać plan jutrzejszej marszruty.

Powrót przez Aguimes.  Puszczam Iron Maiden i kompletnie zapominam, że to jedno z najstarszych miast Gran Canarii, że to dawniej miasto królów. Dlatego tak bardzo dziwi wielka ilość przydrożnych rzeźb. Nie pamiętam nic z czytanych wcześniej przewodników. A ta Promenada Rzeźb ma oddać charakter, uczcić miejsca i ukazać piękno całej gminy. W ogóle w różnych miejscach przy głównej drodze, porozmieszczane były charakterystyczne dla tego okręgu rzeźby. A ja nie wiem dlaczego. Bo?  Już podnieca potęga Natury, przed którą klękasz.

Mocno wierzę, że kiedyś, gdy przyjdzie ten czas, moja dusza już bez tego zbędnego cielesnego balastu, zalewituje jak wolny ptak właśnie tam, nad któryś z kanaryjskich szczytów, nad któryś z kanaryjskich barranco – por favor, ayudeme – ew CDN

fot. Ela Wolny Gran Canaria

Zobacz również:
Barranco de Guayadeque zdjęcia Google+

FacebookTwitterGoogle+Google GmailWykop
Moda w górach, czyli „nie wspinać się radioaktywne”

Tatry Pusta Dolinka – lampa smażyła po wspinie na Koziej Czubie. Ciuchów 2 bluzy se nabrałem. Życie od ślepoty bryle ratowały. Wdzianko typowo szturmowe, ścianowo barowe – musiałem jakoś wpasować w tę pustą dolinkę. Śnieg właśnie był już mięki, ciapa robiła i bardzo słońce od niego odbijało. Bez okularów było ciężko, porażało laserem promienia. To było w maju – w końcu w Tatrach też kiedyś wiosna:

Słoneczne w Jerzmanowicach  ja i znane w świecie graffiti:


Jura Sokolica – moda lat 70 dziadkos kanguros sobie skakał po tej drodze. Kurde muszę na ciuchach poszukać podobnych gatek, bo moja sexi pupa stęskniła za wyjściową odmianą. Na przykład niezłe portki na ceremonie weselną, w przyszłości do kogoś.  A co to ta szloga z beskidzkiego?

Rzędkowice Lechwor ja i Pytainik 6.1+. W skałach na biwaku po rozgrzewce ciupiemy w szachy:


Podlesice  Biblioteka wspinam w nowych skinach z lumpeksa – i ciasnych masakrowych pilarsach. Dziękowałem Bogu za dzień jak je wyrzuciłem do śmietnika:

Tatry –  akcja Gopr na Szpiglasie z drogi Malczyka – yelow polar Igi Goprowcy już zobaczyli z daleka. Dlatego była szybka sprawna akcja. Byliśmy w trójkowym zespole na drodze Malczyka na Szpiglasowym Wierchu. Droga coś ok. VI+.5 wyciągów. Wypadek zdarzył w połowie ściany. Poprowadziłem kluczowy wyciąg w okapie, założyłem stan i ściągałem partnera. Partner niechcąco w okapie wyrwał sporego trabanta-głaza, który wylądował na trzecim partnerze. Poważnie raniąc mu stopę wykluczył z samodzielnej wspinaczki. Więc trzeba było chłopaka dociągnąć na pik systemem małp. A na grani znajomi wezwali TOPR. Była to adrenalinowa przygoda:

Strażnica Przewodziszowicka i ja na 6.2 serach. Dostałem gacie od Michała mojego chrześnika. Dlatego miały w sobie moc pawera:


Dolina Małej Łąki Droga Muskata  – Tatry Zach-Podejście z biwaku pod ścianę Wielkiej Turni. Mordercze zasrane kosówki i śnieg po pachy. Okrop przekleństw i nie miłości fak kurwa – tu była walka z samego już podejścia. Jak zlazłem żywi z Marcinem poszliśmy zwinąć namioty. Bardzo zdziwiliśmy że żyjemy –  mała drobnostka. Narty nas gnały upić mocno w kolejne ślady:


Żywioł Dziabki Tatry – Północna Giewontu – trawiasty stromy filar Stryżnika. Warunki były kiepskie, masa śniegu, 3 stopień lawinowy. Nazajutrz była już 4:

Droga Stanisławskiego i Pionowe Zboki. Pik Mnich – ptaszek woreczku brykał po granitowej ścianie. Spoko w górach se może polatać do woli z sokołami.  Albo Misiek po zrobieniu skrajnie trudnej drogi Stanisławskiego VI+ A0. Robiąc to OS przewieszony płytowo rysowo komin. Ja wtedy spoko dawałem kilka cyfer inaczej. W skałkach spoko 6.2:

Tatry – Batyż z trawersa. Obcisłe geterki i czapa-chustka, też kosmowa. Jo to on ja. Widać po berecie. Mam też czapę  z Nepalu, pamiątkę od kumpla – dostałem prezęta. Pytają mnie w niej czy coś jarałem. Nie! Moje jajcarskie podejście? Na szkolenie i porady zapraszam jak najbardziej. Twarda szkoła nie ominie:

Tatry i ja na piku Koziej Czuby po skończonej drodze Direttissimą VI+:

Pół nocy gnaliśmy z Jurkiem przez kosówki pod piękną płytową ścianę Batyża 350 m litego granitu. Upragniony biwak karimatki nad stawkiem. Z rana pacyna majaczyła – Słowacja potrafi odpowiednio ugościć i zaklimatyzować:


Wierny młoteczek Kazia Mordercy wiernie obsłuży każdego upartego haczora na długiej i trudnej dziś drodze do Batyżowieckiego Szczytu:


Kozi Bobek i nocnik na łbie, sweterek mój kiedyś ulubiony kolorowy hare krisna polar i obcisłe red dresiki:

fot. Artur Pierzchniak-Guma

FacebookTwitterGoogle+Google GmailWykop
Wspinaczka wysokogórska – TATRY

Tatry Slovaka. W ścianie Batyża – trzy dni w dolinie i co dzień wspinanje. Moje z ulubionych i piękna lita słoneczna droga.

No fajnie tak sobie siedzieć na kamolcu i patrzyć na życie z góry. Zero żadnych trosk i zmartwień. Tylko cisza, spokój, wszechmocny luz i zatem power. Sport, las, medytacje wszystko uwalnia w nas wolność. Lęki mamy. Takie haluny, blokady w głowie istnieją po to by je przewalczyć. Wszystko można z odpowiednim nastawieniem psychicznym przezwyciężyć. Siłę ma każdy z nas do tworzenia różnych niesamowitych dzieł. Musimy ją tylko uwolnić, dać jej marsz do biegu. Tak, zgadza się, ta siła jedynie pcha mnie do przodu. Bać bałem wiele razy i bać będę. Jak to mówią tylko głupiec się nie boi. Strach uczucie do znormalizowania, wysoko przebywając  uczy cię szacunku do gór. Na wiele rzeczy po prostu uodparniasz się i lepiej żyjesz radząc sobie w różnych sytuacjach. Ziemskich i nad ziemskich. Góry uczą naprawdę solidnego życia z mocnym kopem adrenaliny. Szkoła życia na zawsze, jak tylko dobrze niuchniesz…

Tatry, nasze ulubione jakby nie było. Z każdych kierunków świata zawsze się tam powraca. To są foty ze zwykłego pstrykadełka idąc na wspinanie.
Tatery ze wspinu na Świnicy graniówki:


Tatry –  Północna Giewontu i bieg po Rysuli. Mała mucha w dużej ścianie. Warunki były doskonałe, mało śniegu, leki mróz i betonowe trawy trzymające dziaby. Po prostu super warun. To było już dawno, nie tej zimy:


Tomek Sowiński i koniec drogi Muskata na Małołąckiej Turni:

Wspieranie alpinizmu polskiego, czyli uwagi na marginesie – Artur był bardzo dobrym wspinaczem, wychowanym na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. 7 lat temu wspinał się w Tatrach, jego partnerowi „wyjechał” punkt asekuracyjny i odpadł od ściany. Artur próbował go ratować odruchowo go łapiąc. Podczas tego wypadku ścięgna w ramieniu Artura zostały kompletnie pozrywane i ręki nie dało się odratować. Jedyną opcją odzyskania przez niego sprawności jest implantacja protezy. Kolega wyszedł całkiem bez szwanku. Artur nadal ma brak czucia, niedowład prawej ręki – od łokcia po palce – bez znacznej poprawy ruchowej, który utrzymuje się do dziś. Przez te kilka lat zrozumiał, że przeszczepy ścięgien zbyt wiele nie pomogą. Ewentualnie w minimalnym stopniu. Dlatego w naszych czasach obecnej techniki, wybiera opcję protezy. Są one wszechstronnie sprawne w dziedzinie ruchowej i sprawności ciała. Nadal na jakimś poziomie zajmuje go pasja wspinaczką. Jedynie lewą ręką, bo prawa jest zawsze nieczynna w temblaku. Głównie zajmuje się montażem punktów asekuracyjnych w skałkach Jury Krakowsko-Częstochowskiej jako wolontariusz. Doskonale orientuje się, że jakikolwiek postęp poprawy, rokują jedynie operacje w drogich klinikach zachodnich. Czytaj dalej >>>

Tatry Kozia Czuba. Asekuruje Grzegorz Misiak na drodze Diretisimy VI+.  Wyciąg pod pikiem prowadzę w ulubionym dresiku:


Tatry i Guma na piku Koziej Czuby – spragniony browara za zgubione 2 haki w ścianie – Misiek ich nie złapał – porażka!


Tatry Zamarła Turnia i Zawrat nad Pustą Dolinką – fota z drogi na Koziej Czubie – unikatowa. Taka była lampa i tylko my sami w dolinie. To było wieki temu końcówka maja. Wtedy pogody były normalne, nie jak teraz zepsuty klimat. Wiosną już spoko letnio, szło w górach powspinać. Co roku na 1 czerwca jeździło do moka, na zlot taterników. Normalnie letnio wspinało w okolicach moka lata 90. Proponuję majówkę – Zamarła Turnia na Mu Mu 6.2+. Śliczne płytowe wspinanie, 5 wyciągów obite ringami tak po górsku. Trudności okap są gęsto ringi na płytach do 6.1+ poczujesz ekspozycję. Ringi już rzadziej tak normalnie, bez skałkowej sraczki rządka ringów. A na płytach nie idzie wetknąć kostki, po prostu idziesz ku piku. Droga obita z klasą, jedna z fajniejszych w Tatrach:


Albo Tatry i wspin z Jurasem – na drodze był trójkowy zespół poza mną: Jurek Kapkowski-Juras i Piotrek Renk. W schronie został Ratman-Batman. Pogoda była niepewna, no bo oczywiście w ścianie zaczęło padać. Wyjazd był weekendowy z kimą pod Murowańcem, a potem w kolebie blisko Kościelca. Gdzie jest duży wybór kamoli do baldowania. Batman był moim trenerem, patyczkiem wskazywał mi zadań przechwyty. Super trening i rozgrzewka przed większymi kamolami. Polecam to miejsce, szereg baldów i ukryte koleby. W miarę mała dzikość natury. Koniecznie polecam wspaniała droga z bardzo ciekawym trawersem. Wcale nie łatwym i dosyć magicznym. Droga bardzo kluczy po ścianie, łatwo można pogubić. Na przykład… dojść do schroniska. Tu Tatry Slovaka – w przewieszonych trudnościach VII. Ściany Batyża:


Slovaka Tatry. W Cieniu Szklanej Góry ja na wyciągu Kosarda Złotej Ściany. Dobre 5:


Tatry Slovaka. Poszybować na Łomnicę w oddali. Z buta kawał podejścia spod Złotej:


Tatry Slovaka. Pośrednia Turnia, typ – wzór Alpejskiej super ściany. Kimaliśmy za kamolcem ukryci w namiocie przed filancami. W nocy przez środek płynęła sobie rzeczka. Teraz z rana to na fotce jest luzik. Dzień wcześniej nie było tam śladu wody. Taki powodziowy biwak – w nocy było straszno! Wszystko w namiocie pływało. Każdy piorun bliski zawał serca przyprawiał:


Tatry Granaty. Guma suszy swego kościotrupa po burzy na Filarze Staszla V+. Granaty i burza z piorunami dupnęła jak byliśmy w końcówce drogi po wyjściu z płyty. Wiem że ostro nas zlało wtedy, szybko wyszło słońce i osuszyło zmokłe kury. Na tym wyjeździe burze były normą codzienną, zawsze po południu strach i mokrzy. Mam do piorunów cholerny hehe. Bardzo schizowe one są w górach, szczególnie w ścianie, w czasie wspinaczki, kiedy to masz przy sobie kupę żelastw i wszystko elektryzuje rzucając iskrami. Zawsze boję i szybko całe te dziadostwo wywalam daleko od siebie. Chowając skulony pod skałą, z chęcią schowałbym cały do plecaka. Takie haluny w głowie siedzą po opowieściach faktycznych. Kolega kiedyś w głupich skałach w Rzędkowicach został trafiony piorunem i nie żyje. Psycha lęki przypomina, no:


Tatry – Widok z drogi na Filar Cubryny z Rysami:


Tatry Mnich. Ja na drugim wyciągu Wacław Spituje 6.2 – orgazmos Guma!  Poszliśmy najpierw po 1 wyciągu Wacława, w pojebany wyciąg Zemsty Wacława jakieś 6.2+/3?. Bardzo chujowo było obite, wysoko nad półką pierwszy ring. Start siłową obłą przewieszoną rysą na kościach. Patryk przed ringiem odpadł i wyrwał kostkę z rysy. Uderzając boleśnie dupskiem o półę. Po tym zjechał i poszedł do Moka. My dokończyliśmy drogę już normalnym Wacławem i poszliśmy jeszcze na dobitkę na Sprężynę wschodniej ścianie. Pogoda była znakomita, spręż i moc była. Szkoda było dnia nie wykorzystać, więc po Sprężynie luźno przebiegliśmy. Świetny wyjazd był udany wspinaczkowo. Patryk w domu pupę domasował po bólach. Łazilismy w Worku na magnezję  i mojej yellow chusteczce na głowie. Dupa i psycha nie klękała.  Taka górska prosta gadka śmieszna jest czasem. Okryta welonem czarnego humoru dodaje smakoszu akcji:


Tatry Lewy Dziadek VI+ na Czołówce MSW. Kluczowy wyciąg tuż przed lotem prowadziłem –  lot z 5 m. Spadłem na partnera na stanowisko za tą półką kamoli. Straszna była asekuracja stałe 2 jedynki. Odpadłem mały kawałek w trudnościach przewieszonej płyty lekko obciążając jedynkę. Po czym ona wypadła i lecąc dalej ta druga jedynka przyamortyzowała mnie centralnie na stanowisku. Bardzo magiczne i psychiczne VI+!!! Jak kiepski w skałach Trad z 6.1+? Moim partnerem był dobry kumpel Mariusz Wilk:


ZAMARŁA TURNIA Droga Motyki – znalazłem kapownik, dokładnie, nawet jest data: Wpis 11 lipca 1998r. Zamarła Turnia – Motyka V. Warunki akurat zimowe ekstrema i mokro. Kawał historii i wspinało bez ceregieli śniegowo latem klasycznie. Pamiętam, że woda ze śniegu przelewała przez nasze gorexy ortalionowe. Było lodowato, ale czysto. Foty robił nasz zakręcony kolega Ciacho. To było to ooohhh. Zimy kiedyś były ostre i długie. Nie takie jak tera cipirypi. Obecnie jest droga wprost przez okap.  Z chwalebną nazwą Z Motyką na Słońce – chyba VII:

Tatry Zamarła Turnia:

Tatry Zamarła Turnia – Stan na Mumu VIII- mój klar sznurka:


Tatry pod Kopą Spadową – nie ma srania po piargach!


Tatry Mnich. Bo po fajnym wspinie kiedy nam tam zawsze dobrze, sramy na te problema świata, wszystkie pierdy w górę –  to jest normalne i powinno być codziennie w użyciu:


Tatry – Moko wspinaczka na Czołówce Miegusza. Jestem na drodze o charakterystycznej nazwie Droga Tylko Dla Prawdziwych Mężczyzn VI+. To  moja z ulubieńszych fotek z 2001 roku. Treściwy draitul płytowy po owczych kępkach i czujne zacięcie. Partnerem był Piotrek Kolczyk, który od wielu lat mieszka we Francji:


Tatry – widok z piku Kazalnicy Cubryńskiej. Dobre góry, nie ma jak na nasze ziemskie rozterki.Też jak coś mnie pochłonie  zapominam o ziemskim dole. Koniec z ograniczeniami!  To są tylko kody ogranicznika. Co do spakowania plecaka powinno dać rady – Artur


fot. Artur Pierzchniak-Guma

FacebookTwitterGoogle+Google GmailWykop