Translate
Publikacje Losowe

Pico del Teide 3718 m n.p.m.

A dziś na chwilę Teneryfa i jej Pico del Teide 3718 m n.p.m. ze swoimi 7500 m od dna morza. Najwyższy szczyt w Hiszpanii i w ogóle najwyższy szczyt na jakiejkolwiek atlantyckiej wyspie. Wulkan do złudzenia przypominający kobiecą pierś, rozmiar DD i my, postanowiliśmy wejść na jej suteczek. Szlaku doń, ze względów bezpieczeństwa, pilnują specjalni […]

Ost. Komentarze
stat4u

Archive for the ‘Góry ✔’ Category

Wielkimi krokami zbliża się XX Przegląd Filmów Alpinistycznych im. W. Rutkiewicz w W-wie, na który to – miło mi już oficjalnie ogłosić – jednym z zaproszonych prelegentów jest Artur.  Zatem przygotowania nań trwają, lecz zanim do stolicy, w przerwach małe chwile na oddech.

Olsztyn i Skała z Jałowcem. Za plecami szlak w Sokole Góry, bo tam właśnie udajemy się do jednej z jaskiń:

555880_163751983789972_791883453_n
Po drodze szamańskie szałasy, bieliki nad śniegiem, znajomi speleolodzy w tym i z… Bielska, aż wreszcie przelotka w Skałach Simonda:

644737_163753917123112_1053915995_n

I sama jaskinia, tym razem Olsztyńska, Komnata Naciekowa:

547303_163754250456412_687883440_n
I ogromny żal, że taka krótka…

536963_495417207187228_1934977425_n
Bo Olsztyn to przede wszystkim skała, atrybut Jury Krakowsko-Częstochowskiej.  Żabka:

72818_163757647122739_41793926_n
Filary Dziewicy:

535057_163756407122863_946869156_n
Na jej okapie Artur. Nie mam pytań:

554876_163756527122851_1976992408_n
Bo w przelocie – w tzw. „po drodze” – mała przerwa na ekiperkę  i montaż nowych ringów.  Fachowo zwijam linę niczym wytrawny wspinacz…

11526_163756820456155_110834549_n
… i podaję Arturowi b i a l u t k ą ściereczkę, którą nadmiar kleju na błysk glancuje. Bo żadnej fuszerki – haczyki Artura są w klasie Q! Jest czas na obejrzenie Olsztyna z góry – jest pięknie:

Bo te jurajskie pejzaże:

62665_163758967122607_1158952393_n
559656_163758927122611_1752995947_n
554575_163759140455923_2044340036_n
Bo te mroczne ruiny  Olsztyńskiego Zamku:

163532_163759267122577_1376322559_n
555034_163759533789217_1685005776_n
Bo ta roślinność, te malownicze olsztyńskie kosówki…

533746_163757137122790_1780550550_n
… i nie tylko:

644663_163758630455974_865047159_n
A tuż obok, na Dziewiczym dachu świata,  stan oczkowy naturny:

529587_163757307122773_252588714_n
Albo pod nami zwinny Mario, a ja nie mniej zwinna, bo prawie z zumbą na Biakle!

555069_164022313762939_1244502794_n
Tak, tak! Ciut obok szczytowego krzyża! Lęk wysokości? A CO TO JEST?! :roll: Pomału pokonuję poprzeczki strachu. Już leżę przed otworem-studzienką, wejściem do Jaskini Wszystkich Świętych. Następnym razem pojawię się tam zjeżdżając do jej wnętrza na sznurku.

Jura jest przepiękna. Tak jak przepiękni są rozkochani w niej ludzie – tam nawet pod nogami na kamiennych płytach odbite są muszle historii – Jura it’s Jura i  pewnie dlatego nawet takie bywają tam tęcze.  Skały Słoneczne na koniec jurajskiego dnia i głęboki respekt, tak wyrazistą i pełną tęczę widziałam pierwszy raz:

30570_163760763789094_674407388_n
fot. Ela Wolny Olsztyn

Zaczynałem od speleologii, od jaskiń. Z czasem pasję połączyłem ze wspinaczką górską i oddałem jej serce. Przedstawię opis kilku najciekawszych jaskiń w moim dorobku. Tych trudnych, z przygodami odkrywania tajemniczego podziemnego świata, zarys zdobywania jaskiń jurajskich i tatrzańskich.

225177_159061010822851_6165832_n
Jura – Jaskinia Olsztyńska, Komnata Naciekowa

Na Jurze Jaskinia Studnisko – najgłębsza i najtrudniejsza jaskinia Jury – 76 metrów głębokości. Pierwsza moja trudna jaskinia, zdobywana na prymitywnym sprzęcie. Zjazd w dzwonie 30-sto metrowej studni na bezalinowym podciągu, który był elastyczny i rozciągał jak… guma. Zjazd był wykonywany na zwyczajnej kłódce, po otwarciu jej kluczykim robiło a’la weblinkę – węzeł na pręcie kłódki. Nie posiadało wtedy sprzętu zupełnie. Do wychodzenia po linie stosowaliśmy wtedy pętle z węzłem zaciskowym prusika. Użyliśmy też drabinki sznurowej skleconej z liny konopnej pozyskanej z budowy. Drabinka tak skręciła, że nie dało z niej korzystać – nie zdała swego egzaminu. W tym okresie pobijaliśmy rekordy szybkości wychodzenia ze studni na czas. Mój rekord to 8 minut. Najlepszy nie do pokonania w tamtym czasie, być może nawet w całym kraju? Uprzęży, których używaliśmy pierwszy raz, były to uprzęże szyte z  szerokiego węża strażackiego, którego skroiłem potajemnie ze szkoły, dzięki czemu kilku chłopaków miało swoje wymarzone „majtki”. Potem pojawiły standardowe uprzęże z pasów samochodowych i pomału zaczął wdrażać w nasze życie coraz lepszy sprzęt. Teraz bezpiecznej i szybciej pozwalało zaliczać jaskinie. Karabinki, lepsze liny i przyrządy zaciskowe na linie zwane potocznie małpami połanieta, crol i shunt stały podstawowymi. Do tego taki sprzęt obowiązkowy jak czołówka – nasze światło czołowe montowane na kasku. Robiło z opakowania po kremie Nivea itp. W nim osadzało żarówkę. Kabelkiem łączyło z mydelniczką, która była pojemnikiem na baterie. Takie czasy majsterkowania – trudno było o sprzęt. Jakoś się radziło, jak nie miało dobrego wujka za granicą.. Czasy dobrze pionierskie, kiedy to lubowało w jaskiniach trudnych o rozwinięciu pionowym, zastosowaniem technik alpinistycznych. Te poziome i łatwe raczej nie kręciły – lubiło się wyzwania pokonywania trudności.

Po zrobieniu wszystkich jaskiń z przewodnika Szelerewicza – kultowy topo przewodnik po jaskiniach Jury – przyszedł czas na jaskinie tatrzańskie. Pierwszą z nich była Jaskinia Zimna, która posiada kilkukilometrowy system korytarzy – długość 4600 m, deniwelacja 176 m. Informacje o jaskini i położenie topo znaliśmy z opisów Zwolińskiego. Wpierw przeszliśmy dla podejścia turystyczną jaskinię Mroźną, której drugi otwór wychodzi w pobliżu jaskini Zimnej. Wejścia do jaskini broniła duża krata, lecz i ona miała swoje wady, więc na szczęście udało przecisnąć. Zatapiamy w długi czar korytarzy, urozmaicony różnymi formacjami i naciekami tajemnego podziemia.

Czułem super jak odkrywca czegoś nowego, wspaniałego, wielkiego, dla siebie dobrego.

W jaskini dochodzimy do progu skalnego, który nas zatrzymuje 10-cio metrową ścianką. Nie mając odpowiedniego sprzętu wycofujemy się, z decyzją jak najszybszego powrotu już ze sprzętem. Tak też było. Po niedługim czasie jesteśmy ekipą z powrotem w tych zimnych korytarzach. Ale mamy pecha – coś jaskinia nas nie lubi – nie docieramy nawet do progu. Po niedawnych opadach deszczu zrobił w wąskim korytarzyku – przejściu do progu – syfon. Syfon jest to zalane miejsce w jaskini po strop, które należy przenurkować by móc iść dalej. Woda w takich jaskiniach rośnie z siłą opadów na zewnątrz. Miejsce w tej jaskini nazywa Ponor, studnia samopompująca do wewnątrz. Powrotnie z czasem woda znika i wypływa wywierzysku krasowym do potoku Kościeliskiego w dolinie. Odważny kolega wpada na zwariowany pomysł, że wskoczy do wody z poręczówką i nas ściągnie. Debilny kompletnie pomysł. Nawet jak by mu udało przepłynąć, to ma na sobie mokre ciuchy. Zapasowych ciuchów nikt nie miał, i każdy z nas by przymarzł z ochłodzenia. W jaskini stała temperatura to + 4 stopnie i w mokrych, nasiąkniętych ciuchach widzę to strasznie. Ciuchy to były zwyczajne polary i robocze ciężkie stroje. Nikt nie miał z nas na tamte czasy wodoodpornych kombinezonów. Było to nie do zdobycia. Czołgało po jaskiniach w tym co się miało lub uszyło. Uszyłem sobie takie gacie z wodoodpornego materiału z plandeki. Wszystko ręcznie skroiłem szyjąc igłą. Na jakiś czas krawcem zostałem i byłem zadowolony jak ukończyłem moje białe spodenki. Przymiarka wyszła OK. Później byłem mniej zadowolony jak na akcji, też w Zimnej, portki posypały mi w kroczu.

Kolega związuje liną i asekurowany wariat wskakuje do lodowatej wody, która ma… + 2 stopnie! A on na sobie ciężką kufajkę i gacie robocze. Jak wskoczył do wody, tak szybko zaraz z niej sparaliżowany wyskoczył. Po linie. Momentalny szok termiczny – nie był w stanie nic działać, nie czując dna i sensu. Na szczęście dzięki temu, że szybko wyskoczył, nie namókł kompletnie cały. Mogliśmy wracać z naszą głupotą pamiętną po dziś dzień – co by mogło stać strasznego, gdyby zanurkował – A. Pierzchniak

fot. Artur Pierzchniak
Opracowanie: Ela Wolny

Zobacz również:
- Wspieranie alpinizmu polskiego wpis
- Artur Pierzchniak-Guma całość

Trwają Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej 1998. Po szybkim zastanowieniu na Miśkowych fotelach, oznajmiamy sobie, że jedziemy w Tatry na Kościelca. Są to czasy Osiedla Studenckiego na Dekabrystów. Segment, pawilon pubów – jeden przy drugim – polski ewenement. Za kilka lat niedobry prezydent wioski skasuje tak dobroczynną sieć. Tam powstawała tej górskiej wspinaczki chcica, a w drodze powrotnej wpadliśmy do Miśka na spontanicznie klarowną decyzję – jutro jedziemy w Tatry, pakować graty!

ZACHODNIA KOŚCIELCAzachodnia ściana Kościelca

Pojutrze z rana popychamy żmudną drogą z Kuźnic do Gąsienicowej Doliny. Na Kościelca maszerujemy w trojkę: ja, Dyzio i Misiek. Dokładnie to zachodnia ściana Kościelca, wschodnia należy bardziej do kategorii ściany zimowej. Aczkolwiek są tam dwie ładne drogi: Setka i Darowski. Będzie to pierwsze nasze wspinanie letnie na tej ścianie. Wspinałem dotychczas na niej zimą, robiąc parę porządnych dróg po zachodniej oraz wschodniej stronie. Ze szlaku wyłania pogodna hala, ze szczytami w porannych promieniach słońca. Jest cudnie, warun zarąbisty, pogoda wymarzona i blisko Murowaniec, albo Betlejemka na bazę. Idąc zaczęliśmy sami od siebie zbierać śmieci, pojawił na szlaku niezły syf po brudasach. Obok nas przechodził młody chłopak, leśniczy, strażnik parku. Podszedł do nas, bo mu spodobało co robimy. Rozpoczęła rozmowa taka ogólna, gdzie idziemy? Na Zach. Kościelca wspinamy się. Gdzie nocujemy? Jeszcze nie wiemy, zaraz okaże. Może w kosówkach jak po kasie nas pozamiatają? Zbawienny strażnik wyskakuje niespodziewanie ku naszej uciesze, że możemy zatrzymać i noclegować u niego, w leśniczówce, Księżówce, którą akurat teraz prowadzi za drobne pieniądze – decydujemy uradowani natychmiast. Kurde, mamy fart, warto schylić po tego śmiecia i w zamian w promocji życie zsyła dobry dar. Drewniana leśniczówka jest to full wypas nagroda, za kilka papierków. Zawsze zbieramy śmieciaki po górach, jak ohydztwem taranują przejście. Była historia jak schodząc z Moka cepostradą zbieraliśmy śmieci i zauważył to Baca prujący z góry na furmance. Nagle przed nami pocisnął kobyle po hamulcach i przystanął koło nas:
- Wsiadajcie chłopaki, zwiozę was za free na dół do Palenicy – to zajebiście! Promocja szybciej napijemy piwa na Łysej.

Dostajemy w leśniczówce wspaniały klimaciarski pokoik, nawet jest TV – full wypas, mecze pooglądamy! Hotel chamski – Murowaniec w gównach leży. Robimy szybki przepak, chcemy jeszcze zaraz iść wspinać. Coś szamiemy i idziemy do Murowańca, wpisać do książki taternickich wyjść. Cel – Zachodnia Kościelca, droga Sprężyna, podejście Zielony Staw. Czas powrotu jakiś tam wczesny. Potem był przez to nielichy, niepotrzebny kłopot, bo panowie sobie dołożyli do swojego grafiku jeszcze jedną nadplanową drogę, czym wywołali niemałe zamieszanie, ale to potem.

SPREŻYNASprężyna – sprężynuje Guma

W ŚCIANIE KOŚCIELCAGuma w ścianie Kościelca

Idziemy szlakiem Doliny Świnickiej, przez Długi i Zielony Staw z Przełęczy Karb dostajemy pod ścianę. Widoki doliny nieziemskie. Orla grań od Świnicy przez Zawrat i dalej do Koziego. Najtrudniejszy odcinek Orlej Perci, tu bywa najwięcej wypadków. Głównie zimą, powstałe przez ludzi bez wyobraźni, którzy pchają w teren eksponowany bez odpowiedniego sprzętu. Oszpejając raz jeszcze studiuje skało plan topo drogi Sprężyna VI+. Słynna kultowa droga na ścianie Kościelca, droga  Macieja Gryczyńskiego. Piękna, z brązowymi litymi płytami granitu ciągnie trzema urozmaiconymi wyciągami z dobrą asekuracją. Długość drogi około 150 m. Zejście luzackie szlakiem. Pogod idealny, słoneczny górski dzień. Świnica stojąca na przeciwko, rzuca na nas swej wielkości cienie. Gapię na Filar zimowy, który tak lubię, pożądana i przyjemna dla każdego droga. Też przyniosła mi i partnerom niemało przygody. Co prawda ta historia wydarzy dopiero przyszłej marcowej zimy, ale kawałek wspomnienia kurcze sam ciśnie do pisania,  sorry za takie fruwanie, może spodoba Wam 2 w 1? :roll:

Słoneczny, śliczny marcowy dzień, dni są już dłuższe. Świnica Filar Północny 350 m ekskluzywnej wspinaczki w tych doskonałych warunkach – lampa-słońce razi od śniegu. Wspinając jest gorąco, biegniemy z lotną asekuracją, wyprzedzając jakiś zespół i widać, że wkurzają po minach. Na lekko plecak zostawiłem pod ścianą, zejdziemy to go zabiorę. Ze sztywną asekuracją robimy kluczowy IV+ wyciąg, próg 6 metrowej płytki. Gnamy dalej luzacko. Nic nie zapowiada jak nagle pod szczytem pogoda zmienia. Na szczycie zupełne mleko, gdzie mamy schodzić? Blady gada, że wie, że zna drogę – był latem i poprowadzi. Z Prezesem idę za Bladym w totalne mleko, widoczność z 50 m. Po jakimś czasie okolica, teren nam jakoś nie pasuje, to nie ta dolina, nie to dojście do Gąsienicowej. W mgle pogubiła droga przechodząc na Słowację – dowiadujemy tego z tabliczek turystycznych Cicha Dolina. No to zajebiście, co teraz? Wrócić nie możemy. Drogi – tej słusznej – nie ma szans byśmy odszukali. Daleka droga na szczyt i noc złapie. Idziemy dalej Pepikowym szlakiem w przypuszczalnym dobrym kierunku zachodnim. Mgła odchodzi, przeciera przestrzeń, zarazem zaczyna ściemniać. Bierzemy opcję podchodząc pod jakąś górę w kierunku głównej Tatrzańskiej Grani – musi doprowadzić do punktu położenia, gdzie jesteśmy, jak iść. Mocno zrypani wchodzimy na grań, są światła Zakopca i szlak z tabliczką Kopa Kondracka. Ekstra uratowani – dobrze, wiemy gdzie jesteśmy! Noc mroźna jak ją przetrwać? Dziabami w twardym śniegu wykopujemy płytką jamę, tuląc jeden do drugiego by było troszkę cieplej. Strasznie zimno. Co jakiś czas wstaję, biegając dla rozgrzewki na grań i  z powrotem. Doczekujemy świtu. Zero snu, zmęczenie i głód – zjedliśmy zupkę w proszku na surowo!! Ciągnę granią w promieniach słońca pod Świnicę, po mój zasrany plecak. Chłopaki schodzą Kondratową do Zakopca – było mi smutno, że mnie opuszczają. Sytuację rozumiałem, ich wyczerpanie i głodówkę z odwodnieniem. Pozostał mi długi marsz z powrotem pod ścianę, wyczerpany na maksa świeżym śniegiem docieram. Szukam wora przez jakiś czas, nie mogę go znaleźć zasypanego pod śniegiem. Wreszcie uradowany yeah! Żarełko! Robię sobie ucztę należną. Najedzony cisnę do Murowańca, gdzie browarek, zupka i spadam do Zakopa.

ZACHODNIA KOŚCIELEC -SPRĘŻYNAzachodnia ściana Kościelca – Sprężyna - łojenie Gumy

Zostawiając wspomnienia na piargach wbijam w śliczną płytę drogi. Rozkoszne wspinanie, mógłbym kilometrami wspinać takim charakterem drogi, miód malina, orgazm wspinania. Świetnie urzeźbiona krawądkowa płyta z doskonałą asekuracją, stałe dobre haki, nie ma potrzeby nic dokładać. Jest wyśmienicie. Dochodzę pod okap, przez który robi trawers kluczowe miejsce drogi. Jest pod nim pośrednie stanowisko – nie chce mi tu robić stanu. Mam jeszcze dużo wolnej liny zwisającej pod dupą, lezę zatem i dalej wgryzam w okap jak w smacznego tosta. Okap jest fikuśny technicznie, szpagaty rozciągają ptaka w gumo-gatkach. Długie ruchy po krawądkach i odciągach, decydujące jest wejście, wskok nogami na okap. Lina ciągnie ciężko, wybiera mi luz by wpiąć do kolejnego haka, akurat w trudnym miejscu kroka nie mogę zrobić. Wszystko przez to, że olałem zakładanie stanu, teraz mam duże przegięcie na linie i szarpię jak osioł na sznurówce. Z całej siły udaje mi wybrać tyle luzu, by móc wpiąć w haczora nade mną, wybiera to bardziej jak całe to wspinanie. Ulżyło mi – już nie sturlam stąd. Wskakuję na półkę okapu wpinając linę w stanowisko. Chłopaki zbierajcie dupy i do góry jazda.

SPRĘŻYNA NA STANOWISKU MISIEK Z DYZIEMSprężyna – na stanowisku Misiek i Dyzio

Dyzio wiąże idąc do mnie, zbiera ekspresy. Zostawia Miśkowi tylko te potrzebne kierunkowe i w okapie na trawersie. Dyzio bez trudności robi płytę, przedzierając przez okap trochę zawalczył sprawnie wdrapując na stanowiskową półkę. Teraz Misiek wiąże do końcówki drugiej liny, którą Dyzio przytargał na stan. Misiek, czas start i bieg. Daje radę po płycie -  żaden problem i zbiera resztę ekspresów. Zatrzymuje go okap. Wspina siłowo, tam trza pograć ciałem – wspinanie na nogach. W międzyczasie oceniam drugi wyciąg: rysa, żeberko, wyżej już szczyt szybki. Miśko przewalcza okapiszon, jesteśmy znowuż w trójkę gotowi na szczytowy wyciąg. No to idę chłopaki, trzymta, rysa nietrudna – V. Osadzam kostki, cały wyciąg tradowy… Po rysie półka, z niej żeberko filarem na szczyt Kościelca. Daję znać chłopakom – koniec drogi, Dyzio możesz zasuwać. Jeden po drugim bez ceregieli pik osiągają. Delektując widokami wnikamy w przestrzeń między nami.

Jest młoda godzina, warto by coś jeszcze złoić, nie ma sensu tak wczas iść na chatkę i nudzić. Zbieramy zatem bety gotowi na dobitkę jeszcze jednej drogi, zbiegamy szlakiem z powrotem pod ścianę wybierając za cel Drogę Kajki. Spoglądamy topo Kajki jak to leci, po 120 metrowej powierzchni granitu porzeźbionej rysami i zacięciami. Powrotnie oszpejam, Dyzio asekuruje,  ruszam. Początek drogi nie jest rewelacyjny, połoga płyta poprzetykana trawkami, łatwe IV o kiepskiej asekuracji. Kolejny wyciąg podobny. Chłopaki systematycznie ściągają – spotykamy na każdym kolejnym założonym stanowisku. Trzeci i czwarty wyciąg trudnawy ze względu na lichą asekurację. Klepię swoje haki i kostki jak siadają, generalnie technicznie luz VI płytowe z kawałkiem zacięcia. Chłopaki też świetnie sobie radzą, bezproblemowo, tempo mamy dobre. Stajemy teraz pod kluczowym wyciągiem,długie zacięcie wygląda na siłkowe, wypychające. Dobra VI prowadzi pod dziwnym kątem – skośny pion z pomysłowymi technicznymi ruchami ustawień. Haków stałych jest dużo, prowadzą bezpiecznie, ale wybranie po bułkach jest odczuwalne. Wyciąg ma ciąg, jest bardzo ładny, wart był zachodu by Kajkę na kolację dziś zrobić. Przechodzę czysto – mocne te VI, w skałach to by miało jak nic 6.1. Dobre Klimkowe treściwe wyceny, chłopaki nie szczypali, droga z roku 1973. Miałem wtedy 3 latka i dłubałem babki baldy w piaskownicy. Zakładam stan na piku, ściągam Dyzia, radzi sobie dobrze, nie ma większych problemów. Teraz w międzyczasie przypomina mi wariant Wolfa za 6.3+. Wyciąg ostatni, zaraz tu, na prawo od Kajki.

WSCHODNIA KOŚCIELCAwschodnia ściana Kościelca

Drogę robiłem w późniejszym czasie z Tomkiem Ciastkowskim-Ciachem, dobrze zakręcony kolo – potem odpłynął na zawsze do Portugalii. Trudny wyciąg może nie aż tak, bardziej psychologiczny w kwestii asekuracji. Przewieszona płyta – odciągi, krawądy -  kończąca rysą VI+, z której mnie wypluwało za każdym razem przystawki. Ze trzy razy w sumie przystawiałem, lękałem asekuracji w trudnościach, były dziwne nity – plakietki z puszki po piwie! Dygałem, że te dziadostwo może pęknąć waląc tu długie gruchy. Jedną taką zaliczyłem spadając z 6-ciu metrów na plecy Ciacha, kiedy to centralnie wbiłem w stanowisko i kurde już wchodziłem w łatwy teren, a tak mnie wybrało, że nie czułem dobrych, dużych klam. Buła klękła, palce rozwarły, lecę myśląc z przerażeniem o blaszkach, które o dziwo wytrzymały szarpnięcie! Nie mam już zbyt ochoty na kolejną przystawkę, jestem zryty fizycznie i psychicznie. Ciacho też nie był zbyt ochoczy, by dalej kontynuować wspinanie, widać było po nim przerażenie. Wnerwiony zjechałem na dół robiąc wycof – nie lubię odpuszczać z uparcia wrodzonego. No, ale czasem trza odpuścić i pogodzić z porażką.

Dyzio lekko zmachany dochodzi na pika i przybijamy piątala. Czas na Miśka – dajesz stary. Idzie mu dobrze, zatrzymuje go miejsce na przełamaniu zacięcia. Trudne, kluczowe miejsce blisko wzywającego szczytu. Widzimy Miśka jak walczy. Robi już późno. Misiek klnie, rzuca schabami, pomału zmrok zapada i robi nieciekawie. Minął już czas naszego powrotu wpisany do książki wyjść w schronisku. Mamy z Dyzio nadzieję, że zapobiegliwy GOPR nie wyruszył już po nas poszukiwawczo. Miśkowi zrzucamy drugą linę, by mógł podciągać na niej z buły, w ten sposób udaje mu pokonać wyciąg i pada zrypany na piku. Szybko staramy zwijać by nie nadwerężać czasu alarmowego, ciemności przyszły, różnie tam może być – co z nami? Zbiegamy szlakiem na Karba. Z niego serpentynkami nad Staw Gąsienicowy i wprost spacerem wpadamy do Murowańca.

W schronie już afera grzmi na całego, z Goprówki wychodzi ratownik z pytaniem:
- To chyba wy, zespół z Kościelca?
- Tak, to my, cali i zdrowi, przedłużył nam czas przez zrobienie dodatkowej drogi.
Dostajemy pozytywną zjebkę za wszczęcie akcji poszukiwawczej za nami, z zaznaczeniem że jesteśmy i nic nie stało, co jest najważniejsze. Ratownik dzwoni do ekipy by zawróciła, gdyż dotarliśmy właśnie do schroniska. Każdy oddycha z ulgą w sercu, jest OK, nic nie stało. Ratownicy poszli szlakiem, którym podchodziliśmy w kierunku Zielonego Stawu, myśleli że będziemy schodzić tak samo, to nas spotkają. Tym czasem dupa, bo poszliśmy z Karba do Gąsienicowej, by szybko było. Rozminęliśmy niestety w terenie – kto by przypuszczał, że akcja „zaginęli” i Taternicy tak szybko ruszą.  Przepraszamy za wywołanie niepotrzebnego zamieszania, od tej pory zacząłem wpisywać czas dodatkowy, nadłożony. Umachani i zgłodniali spadamy do naszego gniazdka, gotujemy, jemy i usypiamy przy meczu Polska – Polska 100:0.

Rano nieco zwałka, po śniadaniu normalnie wychodzimy – Dyziowi tylko nie chce, coś chłopak osłabł, pochorował. Idzie z nami wyłącznie na spacer, za to może pomóc w taszczeniu szpeju. Zbiera kilka moich potrzebnych pierdół, nieświadom czegoś zapominając – ma wrzuty i sny po dziś. :roll: Z Miśkiem czujem dobrze power, jest OK. Zrobimy coś koło Okapów Jungera – ładne treściwe płyty z ryskami, które wczoraj tam wyjarzyłem. Po rozgrzewkowym podejściu tym razem przez Karb, dorywamy ścianę utrzymaną jak cudo w zamówionej pogodzie. Szpeimy i cholera okazuje, że Dyzio zapomniał zabrać moją uprząż – ow fak! Co teraz? Na pewno przez pierdółkę uprząż i sklerozę nie pójdziemy na chatę! W takich sytuacjach robi się standardowe klimkowe wynalazki, powrót do przeszłości i taśmy pętelki idą w ruch. Z tasiem splatam prowizoryczną uprząż – siedzi dopasowana jak należy. Testy na ziemi zdają egzamin, można zacząć iść wspinać. Dyzio wraca do Księżówki – załapał chyba chłopak jakiego zarazka. Zatem z Misiem wchodzimy początkowe wyciągi drogi Jungera, z ciekawości ciśnienie jest by wspiąć tymi płytami. Dalej zobaczymy jak puszcza. Dwa wyciągi eleganckich płyt pokrajanych rysami, bardzo fajne wspinanie robi przyjemność. Zapominam zupełnie, że nie mam majtek – uprzęży. Droga i wyciągi nie są jakoś trudne – V+ maksimum. Misiek też wspina dobrze, mógłby prowadzić. Wbijamy pod okapy Jungera, po bokach też przejścia nie ma, wszystko trudne, shizowe. W okapie widzę kołki, deski z czasów Bachledy. Obczajam możliwości inne, ominięcie okapu na wprost przewieszoną depresyjką, która też wydaje na shizowy bez asekuracji ekstrem. Nie da rady. Wynosimy Misiek stąd. Zakładamy zjazdy. Szybkie. Dwa będą. Na drugim zjeździe jak przewiązywałem przez haka posypała mi uprząż Mamutha. Trochę dygnąłem, bo było połogo stanie na płycie, szybko tasiemki powiązałem w pęki kokardek. Misiek  widząc to, zeshizował chyba bardziej jak ja. Do tej pory chłopaki przywołują wspomnienia z fartami szczęścia. Nie miałem nawet czasu dobrze wystraszyć, tak działała adrenalina Okapów Jungera – A. Pierzchniak

fot. Artur Pierzchniak
Opracowanie: Ela Wolny

Zobacz również:
- Wspieranie alpinizmu polskiego wpis
- Artur Pierzchniak-Guma całość

Łysa Polana, zima 2002 r., mroźny ranek lutego. Knajpka  i słowacki browarek na drogę – jeszcze eurosów nie było. Czasy dobrej, starej korony, wtedy opłacało u Pepików robić zakupy. Podążamy Doliną Białej Wody ciągnąc plastikowe sanie dociążone naszymi przyciężkimi worami. Zawsze to lżej jak sobie jadą po śniegu, jak miałyby maszerować na naszych plerach. Sanie pożyczyłem od mistrza Ascety z chatki na Włosienicy przy Moku. Nie ma już na tym świecie Astka i jego chatki, odeszło, lecz pamięć pozostaje na zawsze. Astek umarł z choroby strasznej. Chatkę zburzył TPN, bo im przeszkadzała. Chatka to było małe drewniane wspinaczkowe schronisko na chyba 15-cie osób, a często zimą bazowało tu 2 razy tyle. Była to dobra, zimowa – z czysto wspinaczkowym klimatem – baza, do której zawsze z radością powracało.

No dobra, ciągniemy sanki dziś dobrze ubitą drogą doliny, śnieg twardy, zlodowaciały. Zatem ciężko nie ciągnie, jedzie lekko, łatwo, zbyt nie męcząc i dobrze  – moc niech zachowa na wspinanie. Jestem z Patrykiem, Prezesem KW naszego kluba, cel to plany zrobić, coś na Młynarzu i lodospady w Ciężkiej Dolinie. Na razie po drodze wpadamy w dolinie Białej Wody na dwuwyciągowy lodzik Mrozkowa. Jest wczas, południe, mamy czas i warto tu rozwspinać przed czymś większym. I tak też robimy. Lodzik jeden z ciekawszych i atrakcyjniejszych w dolinie: dwuwyciągowy, nie za trudny, taki akurat w sam raz no rozgrzewkę. Lód jest dobry, wspina przyjemnie, estetycznie. Pierwszy wyciąg jest bardziej spionowany, wymaga większej czujności i siłki jak następny drugi wyciąg, który się kładzie bardziej połogo. Bez większych przeszkód robimy ten przyjemny lodospadzik, po czym wykonujemy zjazd z kosówek z tasiem.

WIDOK Z MŁYNARZAwidok z Młynarza

W pobliżu lodospadu pojadamy żarełko pod daszkiem szałasu świdrując przewodnik Młynarza, na co by tu wybrać jutro. Zainteresowanie nasze pada na kolejny ładny lodospadzik i wspinanie w skale na Młynarzowej Kopie. Długa wyrypa na cały dzień szykuje, kilkaset dobrych metrów wspinania.

Długa dolina Białej Wody, czas na saniach ciągnie. Szkoda, że nie ma z górki, byłoby szybciej na nich zjechać. Prawie z 10 kilosów takiego ciągnięcia. Wreszcie dochodzimy w okolice naszej ściany. Droga startuje po drugiej stronie potoku, tak jak kończy las i kosówki. Zaczyna pionowa ściana i strome śniegi z lodospadem, którego stąd widzimy kawałek. Zaczyna pomału ściemniać, w lesie przy potoku rozbijamy namiot. To nasza bezpieczna, w miarę ciepła, osłonięta kryjówka na kolejne dni, ile? To już wyjaśni pogoda. Gotujemy żarełko i ciepłe piciu, uzupełniamy zasób kalorii na jutrzejsze wspinanie. Niepostrzeżenie nastała noc i trza iść w kimę, mrozik jest, czuć na zewnątrz brrrr. Ale w śpiworach Małachowskiego do -25 stopni jest przyzwoicie ciepło, nie rusza nas nic, spoko śpimy do samego świtu. A w uszach grała przyjemnie muzyka, szum potoka, jakby przelewał nam snem przez namiot.

Pogodny poranek słońce przebija, będzie lampa, tyle że nie nam. Ściana, droga ma wystawę wschodnią, słońce jest tu teraz krótko. Potem to już mroczar do samego szczytu, gdzie znowu czeka noc ciemna. Wsuwamy śniadanko, typowo, kaszka owocowa – jak zawsze mi na podejściu działa przeczyszczająco. Potem lekko mogę frunąć po ścianie. Jakieś batony, dużo herbaśki i zapas w termos – ruszamy. Przekraczamy na sucho po głaziakach szeroki potok, wskakując do lasu, cioramy teraz w głębokim śniegu przez stromy las. Jakoś przebijamy przez te leśne zasieki pod ścianę. Jest wielka, 400 metrów pionu. Nasza droga będzie znacznie dłuższa, wiedzie trawersami, zachodami przez całą ścianę. Za to nie jest tak bardzo spionowana, poza kilkoma uskokami skalno-lodowymi. Długość drogi ma coś około 600 metrów, jest sporo połogiego terenu. Będzie szło dosyć szybko, ale i tak bankowo zejdzie do wieczora. Początek drogi to pełzanie po stromym, dobrym i twardym śniegu, doprowadzającym pod ładny kaskadowy lodospadzik. Już związani, oszpejeni; wgryzam w ten przyjemny lodzik, prowadzę go całą długością liny, dwie kaskady z dużą półką. Lód jest super, wszystko siada, śruby wchodzą jak należy i trzymają mocno. Stan zakładam z haczorów w skale, ściągam Patryka. Kolejne wyciągi biegną zakosami ściany, która wydaje się nie mieć końca. Zaczyna dokuczać odwodnienie, herba dawno wypita pozostało lizanie sopelków.

Bez większych przygód prowadzimy na zmianę wyciąg za wyciągiem. Nie są trudne, miejscami w skale trafiają odcinki IV i V. Ostatnie podszczytowe wyciągi robimy w zapadającym szybko zmroku. Na graniowej grzędzie załapujemy noc, która jest całkiem widna dzięki żarzącej żarówie księżyca. Nastała pełnia księżyca, jest niesamowicie, z nieba nadaje laserowa czołówka, ale dla pełnej jasności podpinamy jeszcze swoje, by nie pierdyknąć o jakiś kamolec schodząc z piku – złazimy szybko strasznie męczy nas odwodnienie. Rozglądamy wszędzie za wodą, potoczkiem, byle kałużą, by choć łyczka napić. Schodząc do Doliny Żabiej można zawiesić, odlecieć, takie piękne widoki naszych granicznych szczytów. Rysy, Kopa Spadowa, Żabi Wyżni, Nizin, Żabi Mnich wszystko skąpane w świetle zaczarowanego księżyca. Idzie zapomnieć o jakichkolwiek niedogodnościach, nawet o tym, jak cholernie chce się pić!

MŁYNARZ-LODOSPAD KASKADOWY-ŚRUBKI WKRĘCANIEMłynarz – lodospad kaskadowy i Gumy śrubki wkręcanie

Gnamy piargami doliny coraz niżej, z cichego otoczenia wychwytujemy szumik wody. Jest coś, przepływa wąsko pomiędzy kamieniami. Super, jesteśmy uratowani. Zapobiegliwy Prezes wyciąga szlaufik, nasz strategiczny patent, gdy jest zbyt ciasno, by dostać do korytka wody, taki głupi gadżet może wiele pomóc. Zasysam gumowy szlaufik ciągnąc wymarzony płyn – można nie jeść lecz picie, woda, bez tego nie obejdzie. Nabrzdryngoleni zdrową wodą złazimy dalej. Długo. Coraz niżej. Osiągając w końcu granice lasu. W lesie spotykamy jakichś wspinaczy – biwakują namiot, jutro chcą na Żabie wspinać. Gadamy chwilę i żegnamy – spadamy na naszą chatę do namiotu. Przebijamy przez milion hektarów dzikiego lasu rezerwatu – owe tereny doliny Żabiej są ewidentnie zamknięte dla ruchu turystyczno-wspinaczkowego. Nasz namiot też stoi całkowicie nielegalnie. Jakby wyjarzył i zjawił slovacki filanc Rumcajs, byłoby nieciekawie mandatowo. Kiedyś latem z Miśkiem (Grześkiem), szliśmy z zamiarem wspinać na Młynarza. W części doliny na wielkiej polanie jest leśniczówka filanca, niedźwiedzia go nazwaliśmy, bysior ogromny. Czaiłem klimat filanca, kiedyś mnie dojechał i zawrócił z doliny z powrotem na Łysą.

My teraz cwanie obeszliśmy leśniczówkę przy samym potoku, by nas nie wyczaił i spoko iść dalej pod Młynarza. Dało rady, idziemy zadowoleni, z chałupy niedźwiedź nie wypadł. Po niedługim czasie słyszymy odgłos silnika samochodu – fak, co za kretyn, jednak nas wyczaił. Nie było gdzie schować, no i widział nas fakiówka! Zajechał jeepem drogę i halt! Paszporty kopsać! Pogadał pierdoły, że jest okres zamknięty w dolinie i mamy wynosić dostając mandaty. Za nasz niegodny uczynek wtargnięcia w zakazy, ładuje nas na pakę i wiezie pod leśniczówkę, spisuje i karze płacić mandat – 1000 koron. Pogięło Rumcajsa chyba, nawet nie mamy takiej sumy. Jak bym miał, to cwany naciągacz i tak gówno by dostał. Debaty trwają długo, straszy nas policją. Jak nie płacicie wiozę was na policję. Nieco wydygałem z Miśkiem. W końcu nasze skruszone miny i gadki przekonały filanca, by mandat zamknął na łapówce 150 koron, bo tylko tyle miałem. :roll: Spoko, odpuszcza, a my wracamy wkurzeni na Łysą, że dupa i nici ze wspinaczki na Młynarzu. Dobra, dostajemy do naszej Białej Wody, jeszcze marsz z 2 km do namiotu. Ucieszeni z pięknej wspinaczki niesamowitą drogą i widokami z promieniem księżyca docieramy do namiotu. Teraz gotowanie dużo jedzenia: zupki, konserwy, płyny.

Druga noc biwaku nad Potokiem Białej Wody jest mniej przychylna komfortowo. To ze względu na mój kiepsko oddychający namiot Campusa, a na zewnątrz mrozik z -15 stopni. Nie chce nam gotować poza namiotem, robimy to w środku leżąc ciepło w śpiworkach (z butkami Koflachów by na jutro coś podeschły od ciepła ciała i śpiwora). Para skrapla na suficie namiotu i nieubłagana woda kroplami deszczu atakuje nasze śpiwory, które na pokrywie zewnętrznej materiału robią nieciekawie mokre. Oddychanie i para z ust też do tego przyczynia – rano jest w namiocie szronowy klimacik. Plan na dzisiaj lodospad na Ciężkim Progu w Ciężkiej Dolinie zawieszonej nad taborem Wysoką. Zasysamy śniadanko, zasób kalorii na waleczny dzień.  Przeszpejenie plecaków co zabrać, dziś wyłącznie przyda tylko sprzęt do wspinu w lodzie. Odpadają ciężarki haków i kości, pozostają tylko śruby lodowe co nic nie ważą. Fajnie worki, bo lżejsze, i możemy popychać.

Mijamy szałas na polanie Wysokiej – taborowisko namiotowe dla wspinaczy i nie tylko. Płatne. Przyjeżdża tu jeepem zbój Rumcajs – niedźwiedź i zbiera haracz. Serpentyną szlaku podchodzimy pod górę Ciężkiego Progu. Idzie całkiem przyjemnie, nawet zbyt nie męcząc wchodzimy do Ciężkiej Doliny. Lodospad widać od razu blisko nas po lewej, podejście szybkie, zajmuje kilka minut. Podziwiam widoki wspaniałe, jedna z najładniejszych Tatrzańskich dolin. Młynarzowe Widły proponują ciekawe lodospady i miksty żlebami. Byłem tu później latem z kolegą, wybrałem na jedną z dróg w płytach Wideł. Mieliśmy cholernego pechulca, tyle co podeszliśmy pod ścianę i dupnęła ogromna zlewa. W ciągu chwili my i cała ściana była skąpana prysznicem wodospadu. Bardzo wtedy wkurzyłem i przeklinałem z Markiem na całego – fak i lepiej. Dobrze, że chociaż dzień wcześniej, udało nam wtedy zrobić świetną drogę Wacha na Młynarzu. V+ z tych ekstremalnie magicznych.

Wbijamy w nasz dziś lodospad, trzy wyciągi wijącego wstążką sopelka do górnego piętra doliny. Prezes wkręca w 1 wyciąg, pionowy sopel o dobrym lodzie. Śrubki siadają dobrze, pewnie trzymając. Zakłada stan ściągając mnie do siebie. Przyjemny wyciąg lekko siłkowy, ostrza dziabek siadają idealnie – lód nie kruszy. Stan jest w lodowo skalnej niszy, wygodnie asekuruje – są tu jakieś stałe OK haki. Zmiana na prowadzeniu 2 wyciągu, przejmuję pałeczkę trawersując  skośnie w górę. Fantastyczna linia wyciągu, dosyć wymagająca – czujny w pionie zawijasty trawersik. Lufa rośnie pod rakami – Ciężki Staw widzę w skorupę lodu zapieczętowany. Swobodnie osiągam stanowisko na półce lodowej, wystają tam jakieś taśmy spod lodu. Pewnie z haczora wbitego w skale. Dokładam śrubę w loda łącząc wszystko w całość. Ściągam Prezesa. Dochodzi i kolejna zmiana. 3 wyciąg i wygląda, że będzie ciężej. Lód zaczyna lekko przewieszać, będzie siłka, powalczymy. Najpierw śruby przepychamy wyciorem – zdążył już zrobić kremowy rurek. Jak nie wydłubie lodu z rurki, wtedy ona nie nadaje do użycia z powodu zapchania. Coś pogoda zaczęła chrzanić, chmury przylazły, zaczęło powiewać śniegiem sypanym. Prezes idzie na prowadzenie. Nie jest łatwo, kilka razy cofa na resta, przewiecha wybiera. W końcu zdeterminowany nie odpuszcza przechodząc trudny kawałek, dalej na krawędzi progu jest już łatwiej. Lód staje połogi kończąc drogę.  Sihizowo było, śruby całkiem nie siadały, skracane taśmą były wkręcane gęściej co wywalało siłki. Idę na drugiego. Bułki pracują, siłowy wyciąg, przy tym śruby trza wykręcać. Śruby mamy ruskie, które wykręca z lodu ruchem obrotowym przy pomocy ekspresa. Teraz nowoczesne śrubki, mają specjalną korbkę – uchwyt. Wkręcenie i wykręcenie takiej śrubki jest szybkie nie tak męczące. Za to są bardzo drogie, nie każdego stać, taka  firma kosztuje. Zabawa ze śrubką w lodzie bywa strachliwa i zarazem siłowa, trzymając czekanem jednej ręki, drugą ogarniasz śrubę. Można wpiąć lonżem w czekan i swobodnie na nim zawisnąć. Nie lubię tego stosować – w razie wyrwania czekana można łatwo w pałę albo w twarz oberwać. Niebezpieczne to, nieraz oberwałem w czachę. Chyba, że ma się maskę – osłonę plastikową na twarz -  dopinaną do kasku.

Kończę wyciąg, dochodzę do Patryka – ostro już dmucha i śnieg sypie. Uściskujemy sobie dłonie zadowoleni zrobienia superowego lodospada. Zwijamy szpej szybko, spadamy niżej nad staw i powrotną serpetynką do szałasu na Wysokiej. W szałasie spotykamy Polaka, leży se pod śpiworkiem surwiwalowiec. Okazuje fajnym gościem. Długo gadamy, rano wybiera do Kaczej Doliny, my na Łysą do naszej taksówki, z niej niestety już do domku. Pogoda i tak już schrzaniła, wbiliśmy w odpowiednie okienko  trzy dniowej pogody. Mieszkaniec szałasu częstuje nas konserwami marki Mielonka Tyrolska – kultowe, obowiązkowe taternika szpej żarcie. Wykopał je tu spod ziemi, kumpel jego rok temu zakopał w depozycie na zaśke. Daty ważności są srogo przeterminowane, leżąc zmrożone może są  zjadalne? Próbujemy, jesteśmy bardzo głodni nasze cienkie zapasy są na wyczerpaniu, a zrobił smak na podejrzaną mielonkę. Smakuje normalnie, jest smaczna, opychamy kilka puszek. Resztę bierzemy do namiotu, żegnamy „cześć” z gostkiem i spadamy zmęczeni w kimę. W nocy czuję konwulsje w żołądku, coś bulgocze, niedobrego dzieje – ała, niedobrze. O świcie wybiegam z namiotu w kosówki eksplodując masakrowo mielonką. :roll: Za mną Prezes też udaje w podobne miejsce tyrolskiej zachcianki. Jednak terminarz konserwy nie odpuścił, zemścił przeczyszczająco. Bulgoty i spinanie niewygodne czułem jeszcze parę dni, strucie padliną obficie działało. Nawet jeść nam już nie chciało, żadnej ochoty… Zwijamy bazę, pakujemy wory na sanie.

Droga powrotna doliną jest żmudna, wykańczająca. Po wczorajszym i nocnym opadzie świeżego śniegu i tu jest przesrane. Sanki teraz bardziej przeszkadzają zamiast pomagać w transporcie. Zapadają w głębokim śniegu i przewracają. Większą część drogi wory idą po plecach, a sanki biegną za nami na Łysą do fury. Czas do domku – Złoty Bażant na drogę
- A. Pierzchniak

fot. Artur Pierzchniak
Opracowanie: Ela Wolny

Zobacz również:
- Wspieranie alpinizmu polskiego wpis
- Artur Pierzchniak-Guma całość

 

Inaczej Diablak, w swoje 50-te urodziny, coś pięknego.  Tak. Wszyscy zazdrościli pomysłu, co chwilę słyszałam „A Ela, ta pani, ma dziś urodziny! 50-te urodziny!” każdy mówił „Świetny pomysł!”. To bez wątpienia moje najpiękniejsze urodziny, nie tylko inwersja, ale w ogóle Babia Góra, królowa gór, Diablak, a pogoda taka jak… u Pana Boga w gościach, jak w niebie, przecudowna, wymarzona. Poznani przewodnicy z Rudy Śląskiej mówili mi, że są na niej setki razy, a każdym razem jest  inna. Zmienna jak prawdziwa kobieta, piękna i dostojna. Nieobliczalna. Tym razem Babia  była u r o d z i n o w o, odświętnie przepiękna. Chris mi życzył „obyś była jak ta Babia Góra – piękna, majestatyczna i dumna”. Naprawdę wysokie C, wysoka poprzeczka. Net pisze „Babia Góra – dominujący element krajobrazu i składnik tożsamości ludzi. Pofalowane morze lasów, zwieńczone samotną wyspą hal alpejskich” – przedmieść Krakowa nie widziałam, swojego cienia na obłoku poniżej nie widziałam, dotknęłam za to swojego jestestwa. Byłam z 3 przewodnikami, to fantastyczni ludzie, fantastyczne, wprost wymarzone towarzystwo. Dostałam pamiątkowy dyplom i znaczek. A w serduszko niezmazywalną pieczęć niczym: dziara, graf, tatuaż – składnik tożsamości ludzi. Wiem, że na Babią nie raz powrócę, na pewno jeszcze  w tym roku.

Przepięknie przepiękna trasa, długa, długi dzień, a w trakcie widziałam przepiękne rzeczy, przeżyłam coś mistycznego, popłakałam się. Mam przepiękne zdjęcia, jestem opalona, jestem przeszczęśliwa. To chyba prawda, że życie zaczyna się po… 50-tce! W nim ważne są pasje, bo to one nadają mu sens, czym byłoby życie bez sensu?

23 marzec, świt, gdzieś przy trasie na stacji benzynowej. Coś wisiało w powietrzu, baliśmy się mówić, ale czuliśmy -  będzie pięknie:

P1160550
Przełęcz Lipnicka 1012 m n.p.m. – od pasących krowy pasterek – Krowiarki, wybieramy czerwony szlak, humory dopisują – świeci słonko!

P1160558
Podejście na Sokolicę 1367 m n.p.m. bym rzekła ciężkie, kiepa taka, że jest czas, żeby p o m y ś l e ć,  a między myśleniem a myśleniem  z  rzadka „babciu, babciu ile jeszcze?” :roll:

P1160581
Niemniej jest według scenariusza – wchodzimy w inwersję, na górze jest ciepło. I na co, po co komu wysuszone na wiór, nieprzyjazne  Kanary?!

P1160620
Mówiłam, kraina mrożonych kalafiorów, a mimo to humory dopisują. Żyć nie umierać, jest pięknie!

P1160805
P1160646
P1160625
Mijamy Gówniak 1617 m n.p.m., po lewej non stop towarzyszą nam Tatry – rzadki widok, przed nami, w zasięgu ręki, już Babia:

P1160667
P1160682
P1160688
Sparafrazuję „lubię kwiatki wolę orgazm” – królestwo oddam za górki!

P1160709
A chłopy? Do garóóówww!!!

P1160710
Kobiety? Na… Babią!

P1160712
I oto ona, Babia Góra 1725 m n.p.m. – nie mam pytań!

P1160761
P1160763
Jesteśmy nad pułapem chmur, mała drzemka NAD… chmurką i medytowanie. Paweł to nazwał „Niebo do wynajęcia, niebo z widokiem na raj”:

Niebo… jestem w niebie
I moje serce bije tak szybko, że mam trudności z mówieniem
I wydaje się, że znalazłem szczęście, którego szukam
Kiedy jesteśmy razem tańcząc policzek przy policzku

Oh Niebo, jestem w niebie
I wszystkie troski, które obarczają mnie przez tydzień
Wydają się przepaść jak karciarzowi szczęśliwa passa
Kiedy jesteśmy razem tańcząc policzek przy policzku

Oh kocham wspinać się po górach i zdobywać najwyższe szczyty
(…)
Louis Armstrong, Ella Fitzgerald – Cheek to Cheek

 

P1160715
I jeszcze krótki telefon, bo ludzie gór prawdziwie są z sobą, potrafią szczerze dzielić swą pasję:

P1160751
I jeszcze przekąs. I urodzinowy toast. Po czym już krótkie pożegnanie z Babią Górą i idziemy rozdzielając się – nasi towarzysze wyprzedzają nas i idą jeszcze na Małą Babią 1517 m n.p.m., my z Sylwią nadal czerwonym szlakiem, przez Przełęcz Brona 1408 m n.p.m. na Markowe Szczawiny. Później już znowu razem, ze schroniska, szlakiem niebieskim na Przełęcz Krowiarki. Nigdy nie zapomnę tych urodzin, wszystkim dziękuję za życzenia, a Krysi, Sylwii i Waldkowi za ten przewspaniały dzień, za ten niezapomniany wprost prezent:

P1160759
P1160794
P1160798
Aczkolwiek hmm zawiedziona troszeczkę, że nie było obiecanego rozdziewiczania, czyli zdejmowania bielusienieńkich stringów na bielusienieńkiej Babiej,  pozostaję w głębokim smutku, fest żałobie i nieutulonym żalu – ew :D

fot. Ela Wolny Beskidy

Zobacz również:
- Babia Góra – 23 marzec 2013 - zdjęcia Google+ EW

♫ ♪♫ Relaxdaily
FotoGaleria
Archiwum
1% PIT nr KRS 84062 cel Artur Pierzchniak. Wpłaty darowizn na konto Fundacji oraz poprzez przycisk Płacę Teraz - PayU cel: Pomoc Arturowi Pierzchniakowi Any donations can be made directly to the account of the Foundation or through the: Płacę Teraz - PayU and purpose Pomoc Arturowi Pierzchniakowi. Bank Millennium SA ul. Stanisława Żaryna 2A 02-593 Warszawa BIC/SWIFT CODE : BIGBPLPWXXX IBAN: PL 04 1160 2202 0000 0000 5515 5611
Wsparcie www